W podróż przez australijski Outback wyruszamy z Alice Spring. Po raz pierwszy od przylotu do Australii widzimy rdzennych mieszkańców tego kraju. Dzisiaj Alice Springs zamieszkuje ok. 26 tys. ludzi, z czego 7% to ludność aborygeńska. Spacerując po mieście mamy wrażenie, że to jednak Aborygenów jest tu znacznie więcej niż białych. Alice Springs jest niewielkim miasteczkiem ale bardzo istotnym. Jest jedyną ważną osadą w tym rejonie, nazywaną przez jej mieszkańców geograficzną stolicą Australii.


W drodze do Yulara (tam nocujemy w hotelu Emu Walk Apartmens), towarzyszą nam niesamowite pomarańczowo-rude przestrzenie. Pomimo, że są to tereny równinne, tak jak pisałam we wcześniejszym wpisie, są to tereny zalewowe. Woda może dość do poziomu półtora metra, o czym informują postawione przy drodze łaty wodowskazowe. My mamy tylko niewielki przedsmak tego zjawiska. Na drodze stoi woda, ale jej wysokość to zaledwie kilka centymetrów.

Po drodze robimy postój na krótki „piknik”, na szczęście choć muchy nie są przyjemne, to w porównaniu do tego co się spodziewaliśmy ich ilość jest do wytrzymania. Podobno w okresie letnim (a w takim jesteśmy) są ich miliony. Nie musimy zakładać kapeluszy z moskitierą. Jest to niezbędne przy natrętnych muchach wchodzących w każdy otwór, ale przy panującej temperaturze siateczka na twarzy nie jest zbyt komfortowa.
W Yulara naszym bardzo komfortowym miejscu noclegu jest supermarket, sklepiki z pamiątkami, warsztat samochodowy, stacja paliw, poczta, bank i warte odwiedzenia visitors center.
Po krótkiej wizycie w centrum Yulara, pierwsze kroki kierujemy do Kata Tiuta (inaczej Olgas) czyli 36 kulistych wzniesień skalnych.

Zwietrzałe pagórki utworzone z czerwonawych zlepieńców (najwyższy o wysokości 546 m) wyglądają nie-sa-mo-wi-cie.


Następnego dnia udajemy się do największej atrakcji turystycznej Australii czyli świętej Góry Aborygenów Urulu (inaczej Ayer Rock) wpisanej na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.

Jeszcze do niedawna Uluru uznawana była za monolit, wyraźnie górujący nad rozległym pustkowiem. Dziś wiadomo, że góra ta należy do większej formacji skalnej, do tej samej, co położone niedaleko „monolity” Kata Tjuta. To minerały zawarte w piaskowcach, z których zbudowana jest formacja skalna, powodują zmianę barwy w zależności od oświetlenia. Uluru mieni się na czerwono głównie podczas wschodu i zachodu słońca. Nam niestety ze względu na zachmurzenie nie udało się podziwiać tych zmiennych barw. Podziwialiśmy rudo-brązowy kolor przy świetle dziennym.

Zarówno Uluru jak i „monolity” Katja Tjuta stanowią święte miejsce dla plemienia Anangu, czyli miejscowych Aborygenów. U podnóża skały znajduje się wiele jaskiń, których wnętrza zdobią cenne malowidła ścienne, można je zwiedzać. Urulu (Kata Tiuta też) można podziwiać tylko z wyznaczonych ścieżek i my jako turyści powinniśmy to respektować, tak samo jak zakaz robienia zdjęć w miejscu dla nich szczególnie świętym i zachowaniu ciszy w zakątku odosobnienia. W końcu my też mamy wiele świętych miejsc i chcemy, żeby zwiedzający zachowali powagę i spokój.

To święte miejsce to także symbol walki Aborygenów o to co im zabrano. Aborygeni mają dokumenty potwierdzające własność tej ziemi, ale w formie dzierżawy na 99 lat. Niewiarygodny wydaje się fakt, że do Aborygenów strzelano jak do kangurów, a z oficjalnej księgi fauny i flory Australii wypisano ich dopiero w połowie lat 60-tych XX wieku.
Poruszać się po Parku Narodowym Urulu-Kata Tiuta najwygodniej jest samochodem, bo odległości między tymi formacjami skalnym są dosyć duże.

Bilet wstępu do Parku Narodowego kosztuje 25 AUD od osoby i jest ważny przez 3 dni. Należy wpisać na nim imię, nazwisko, numer rejestracyjny samochodu. Bilety kupuje się na bramce kontrolnej przy wjeździe do Parku Narodowego. Czytałam, że są sprawdzane dość dokładnie, za każdym razem gdy się wjeżdża do parku, ale my tej szczegółowej kontroli nie doświadczyliśmy.

Teraz jak myślę o tym miejscu, to najczęściej wspominam kształt i niesamowitą strukturę formacji skalnych. Jeśli miałabym wrócić to chciałabym zobaczyć je oświetlone wschodzącym lub zachodzącym słońcem i może wtedy poczułabym energię tego miejsca, pięknego nawet w dziennym świetle.
Podróż, styczeń 2016
