Podobnie jak z Toskanią nie miałam ochoty pisać o miejscach, gdzie polskich turystów jest nie mało, a i tekstów o tym kierunku w internecie też nie brakuje, ale zdecydowałam, że napiszę o tym co najmilej wspominam. To nie znaczy, że Bangkok i inne miejsca mnie nie urzekły, tym bardziej, że było to moje pierwsze zetknięcie na żywo z Azją i jej kulturą.
Skoro zdecydowałam się napisać o Tajlandii, to zaczynam od pierwszej stolicy Tajów, czyli Sukhothai, założonej przez Khmerów, tych samych którzy wybudowali dużo bardziej znany Angkor w Kambodży. Zostały po nich trzy budowle i niedokończony system wodny. Khmerzy opuścili Sukhothai z chwilą gdy Angkor stracił na znaczeniu. Pozostałe budynki to dzieło Tajów, którzy wprowadzili się na miejsce Khmerów.

Z Bangkoku jedziemy pociągiem do Phitsanulok. Podróż przyjemna, a w cenę biletu wliczony jest ciepły posiłek. Na stacji w Phitsanlok dogadujemy się z kierowcą samochodu, który za 1000 THB (8 osób) dowozi nas pod Tharaburi Resort w Sukhothai. Idealne miejsce na krótki odpoczynek przed zwiedzaniem dawnego królewskiego miasta.



Park Historyczny mieści w obrębie murów ruiny ok. 20 świątyń i innych zabytków, a wszystko to na powierzchni 70 km2. Chcąc zwiedzić Sukhothai warto wybrać jakiś środek transportu. Na piechotę jeden dzień, aby ogarnąć to miejsce to zdecydowanie za mało, a przy panujących tu temperaturach też męczące. Najbardziej popularny jest rower, ale można również przemieszczać się dorożką. My wybieramy rowery, tym bardziej, że wypożyczamy je w hotelu, nie mamy więc problemu z dotarciem do dawnego królewskiego miasta.

Sukhothai zwiedza się na rowerach komfortowo, wygodne ścieżki i stojaki na rowery przy świątyniach, a do tego trochę „ochłody” podczas jazdy, gdy można poczuć choć trochę wiaterku. Przed zwiedzaniem poczytaliśmy co warto zobaczyć, ale generalnie największą przyjemność sprawia zatrzymywanie się w miejscach, które nam się podobają. Poniżej parę z nich.
Wat Mahathat
Zaraz po wejściu oglądamy największą świątynię kompleksu Wat Mahathat, ufundowaną prawdopodobnie przez pierwszego władcę. Wzrok przyciąga imponujący posąg siedzącego Buddy, na tle czedi o kształcie dzwonu (buddyjska budowla sakralna, pełniąca formę relikwiarza). Przechadzając się między wieżami warto zwrócić uwagę na liczne płaskorzeźby.

Wat Sri Sawai
Wat Sri Sawai, był początkowo hinduistycznym miejscem kultu z wyobrażeniem Śiwy. To wtedy powstały trzy wieże zmodyfikowane później na styl khmerski. Są tak charakterystyczne i pięknie zdobione, że wyróżniają się wśród pozostałych budowli.

Wat Traphang Ngoen
Wat Traphang Ngoen, czyli klasztor srebrnego jeziora, z siedzącym Buddą, gdzie zatrzymujemy się tak naprawdę tylko po to by uwiecznić ruiny świątyni na zdjęciu.

Wat Sa Si
Wat Sa Si to kompleks, który zdecydowanie przyciąga uwagę, między innymi ze względu na urokliwe otoczenie. Do świątyni dociera się drewnianym mostkiem, aby zobaczyć spore czedi z siedzącym Buddą.

Poza głównym kompleksem można zwiedzić liczne obiekty usytuowane poza murami dawnego miasta. Wybraliśmy część północną i się nie zawiedliśmy.
Wat Si Chum
Wat Si Chum słynie z wielkiego posągu siedzącego Buddy. Dojeżdżając widzimy tylko mury. Po wejściu do środka ukazuje się jego ogromna postać, tym większa, gdy stoi się u jego stóp, a ściany świątyni są bardzo blisko posągu.

Wat Phra Phai Luang
Świątynia znajduje się w odległości kilometra od północnej bramy. Powstała pod koniec XII w. za panowania Khmerów. Zachowała się ceglana chedi, warto też przyjrzeć się efektownym zdobieniom.

Wat Sorasak
Wat Sorasak to niewielka świątynia z XV wieku, niezwykła dzięki postaciom słoni wyłaniających się z czedi.

Nie myślcie sobie, że my tak cały dzień jeździmy bez żadnej przerwy. Na terenie dawnej stolicy można zatrzymać się na kawę, herbatę lub inny napój w małym lokalu i tak robimy. Jednak to jest za mało, żeby mieć siłę na jazdę w słońcu. Jadąc z Wat Phra Phai Luang w kierunku Wat Sorasak zatrzymujemy się w restauracji przy drodze. Może jest to nazwa na wyrost, ale są stoły i siedzenia z desek, jest lodówka z napojami i jakaś przekąska się znajdzie. Właściciele gotują dla siebie ryżankę i bardzo chętnie dzielą się z naszym kolegą, który ma na nią ochotę. Brakujące piwo dowożą za chwilę motorkiem. W Tajlandii w takich małych punktach nie ma zapasów, wiele rzeczy jest przywożonych pod bieżące zamówienia.
Za niecały miesiąc w Sukhothai odbędzie się święto lampionów, będzie więc tłum turystów. W restauracji przygotowują pamiątki na to święto. Przyłączam się do pracujących pań, a one pokazują mi jak robić ozdoby. Ten krótki postój, to były naprawdę przyjemne chwile spędzone z tajską rodziną.

Zanim dotrzemy do hotelu, zatrzymujemy się w salonie masażu, przy głównej ulicy. To jest już nasz prawie codzienny rytuał, bo po całym dniu chodzenia, masaże tajskie stawiają nas na nogi, a dodatkowo ich ceny są mocno konkurencyjne do tych, które mamy w Polsce.
Następnego dnia autobusem (przystanek przy głównej ulicy) ruszamy do Chiang Mai.

Podróż, listopad 2012.
