Singapur, to nasz jednodniowy przystanek w drodze z Australii do Polski w styczniu 2016 roku. Lądujemy o godzinie 8.55, a opuszczamy go o 23.20. Mamy duże szczęście, bo jeśli chodzi o zwiedzanie Singapuru, to przewodnika polskojęzycznego nie trzeba było szukać. Violetta, która pokazała nam miasto/państwo, to znajoma naszych współpodróżników. Od 4 lat mieszka w Singapurze i jak nam powiedziała, czasami ma zapytania odnośnie pokazania turystom miasta. Ponieważ Viola miała spędzić z nami cały dzień, w ogóle nie czytałam co mamy zobaczyć, zdałam się na nią.

Singapur nas zachwycił, nie udało nam się zobaczyć wszystkiego (trzeba będzie wrócić), ale dzięki Violi poczuliśmy klimat, dowiedzieliśmy się o codziennym życiu, cenach, warunkach mieszkaniowych, płacach itp. Miasto wyjątkowe, czyste ulice, przepiękna architektura i przyroda, rygorystyczne przepisy i słone kary za ich nie przestrzeganie. Kara za śmiecenie 1000 SGD (ok. 2400 zł), jedzenie w metrze 500 SGD, tyle samo za przejście na czerwonym świetle. Ja napiłam się łyka wody z butelki na peronie metra i zostałam upomniana przez obsługę, że nie wolno. Ciekawostką jest zakaz posiadania gumy do żucia. W Singapurze można mieć gumę tylko na swoje potrzeby czyli około jednego opakowania. Nie kupimy jej w supermarkecie czy w kiosku. Jedyne miejsce to apteka gdzie trzeba okazać receptę lub paszport wraz z biletem lotniczym. Skąd ten zakaz? Nastolatki w ramach żartu sklejały gumą do żucia drzwi do pociągu, reakcja była szybka, wprowadzono zakaz i pozbyto się problemu. Miasto zyskało, zwróćcie uwagę na chodniki w Polsce, wyglądają ohydnie z poprzyklejanymi gumami, a usunięcie ich jest bardzo kosztowne. W Singapurze kamery są na każdym rogu, istnieje też cenzura i ograniczenie wolności słowa, więc aby dać obywatelom trochę oddechu w tym państwie zakazów, surowych kar (w tym kary śmierci), między innymi legalna jest prostytucja, prowadzone jest bogate życie nocne. Amerykanie żartują, że Singapur to Disneyland z karą śmierci. Wracając do samego miasta, jest to miejsce bardzo fotogeniczne i super bezpieczne. Tu kolejna ciekawostka opowiedziana nam przez Violę. Louis Vuitton wypuścił serię torebek, w których clou była podszewka. Singapur był chyba jedynym miastem, gdzie można było bez obaw nosić tę torebkę i prezentować wnętrze, czyli super podszewkę.


Tyle ogólnie o Singapurze, a teraz trochę szczegółów z naszego pobytu. Viola odbiera nas z lotniska i ruszamy do China Town, nieskazitelnie czystym metrem. Chińska dzielnica jest udekorowana setkami wizerunków małp, bo wkrótce będą świętować Chiński Nowy Rok, Rok Małpy. Jest to chyba jedyne China Town na świecie, tak porządne, bez walających się śmieci. Zwiedzamy w sobotę, więc na ulicach jest po prostu pusto. Jest też wcześnie, my jesteśmy głodni, w końcu jesteśmy na nogach od 4.30, a większość lokali jeszcze zamknięta. Zjemy w sercu Singapuru, dzielnicy kolonialnej, ale zanim tam dotrzemy zajrzymy do Świątyni Mariamman, najstarszej świątyni wyznawców hinduizmu w tym państwie. Zbudowali ją imigranci z południowych Indii w 1827 roku, którzy osiedlali się tutaj szukając lepszego życia. Świątynię poświęcono bogini Mariamman znanej z mocy w leczeniu chorób i zapobieganiu epidemii. W tamtych czasach wielu, zwłaszcza biednych indyjskich emigrantów chorowało i umierało na malarię. Obecnie malaria nie występuje i tu kolejna ciekawostka, i następne restrykcje pieniężne. Za dopuszczenie wylęgu komarów na przykład na balkonie otrzymuje się wysoką karę pieniężną. Obecna bryła budowli pochodzi z 1962 roku, kiedy to wybudowano zupełnie nową świątynię wraz ze skomplikowanym rzeźbami i ozdobami. Setki rzeźb, które zachwycają nas swoimi kolorami i kształtami dodano w latach 60 XIX wieku. Przyjemne i niezwykle interesujące jest przyglądanie się wyznawcom hinduizmu, sprawującym rytualne czynności.

Dużym kontrastem, po obejrzeniu kolorowej, bogato zdobionej hinduskiej świątyni jest kolonialny Singapur ze szklanymi drapaczami chmur, charakterystycznymi dla panoramy miasta. To tutaj zatrzymamy się na posiłek w zabytkowym, interesującym architektonicznie budynku Telok Ayer Market, zwanym też Lau Pa Sat (stary rynek w języku chińskim). Na początku XIX wieku rynek Telok Ayer był prostym, drewnianym budynkiem, usytuowanym na stosach tuż nad wodami Zatoki Telok Ayer. Stojący obecnie budynek, został umieszczony w pobliżu nabrzeża, ale kolejne rekultywacje terenu w XX wieku spowodowały, że jego lokalizacja znacznie oddaliła się od wybrzeża.
W 1991 roku budynek został otwarty jako Food Court zarówno dla pracowników okolicznych biur jak i turystów. W XXI wieku budynek przeszedł gruntowny remont, w nowej odsłonie można z niego korzystać od 30 czerwca 2014 r. My również skorzystaliśmy z możliwości oferowanych przez zgromadzone w jednym budynku restauracje, a naprawdę jest w czym wybierać. Nie doświadczyliśmy tłoku dnia powszedniego, ale za to spokojnie mogliśmy wybierać dania i podziwiać żelazną strukturę budynku.
Posileni ruszamy do słynnej Marina Bay. Projektantem jest Moshe Safdie, izraelsko-kanadyjski architekt, który w 1967 roku zaprojektował kultowe osiedle mieszkalne Habitat 67. Kompleks Marina Bay Sand to trzy wieżowce połączone imponującą platformą ciągnącą się ponad ich dachami, kształt zainspirowany został talią kart. Architektura kompleksu konsultowana była także z mistrzami feng shui.

Trzy 55-piętrowe wieżowce to hotel (w sumie 2561 pokoi i apartamentów), na parterze i w podziemiach kompleksu mieści przede wszystkim olbrzymie kasyno z 500 stołami do gry i 1600 automatami, a także restauracje, kino, galeria handlowa. Na dachu, na wspomnianej już platformie łączącej wieżowce, na wysokości 200 metrów znajduje się długi na 150 metrów basen, którego ściana stanowi jednocześnie krawędź budynku. Rozciąga się stąd wyjątkowy widok na szklane wieżowce Singapuru. Korzystać z basenu mogą tylko mieszkańcy hotelu. My podziwialiśmy go z kawiarni usytuowanej tuż przy nim. Jest to jedyny sposób jeśli nie mieszkamy w hotelu, a chcemy wjechać na to piętro i podziwiać nie tylko basen, ale też zatokę i port.


Cały kompleks Marina Bay jest bardzo luksusowy, wystawy sklepów w galerii handlowej, niezależnie czy znanych, drogich marek, czy popularnych sieciówek są na najwyższym poziomie.Galerię handlową można zwiedzać płynąc łódką wzdłuż pasażu.

U podnóża kompleksu warto zwrócić uwagę na dwa budynki przypominające szklane kryształy. Jednym z nich jest budynek Louis Vuitton, mieszczący się na tzw. wyspie Louisa Vuittona, drugim jest Art Science Museum. Śnieżnobiały budynek przypomina otwierający się kwiat lotosu.

W niewielkiej odległości od Marina Bay znajduje się kolejne niesamowite miejsce, Gardens by the Bay czyli futurystyczny kompleks ogrodowy zajmujący 101 hektarów. Już z daleka zwracają uwagę konstrukcje z betonu i stali, porośnięte bujną, tropikalną roślinnością, wyglądające jak drzewa z filmów science fiction. Największe Supertrees osiągają wysokość 50 metrów. Są tu też dwie olbrzymie szklarnie, w których zobaczyć można ponad 220 tysięcy gatunków roślin. Niezapomniany jest spacer platformą biegnącą między drzewami, widoki z góry na bajeczny ogród są niesamowite.

Tyle udało nam się zobaczyć w Singapurze w jeden dzień, myślę, że całkiem sporo, ale to tylko dzięki Violi, bo nie traciliśmy czasu na zastanawianie się co robić, gdzie zjeść, gdzie zatrzymać się na kawę.

Czuję niedosyt, ale zdecydowanie lekki, na pewno jednak taki aby wrócić i zobaczyć więcej, chociażby Singapur nocą. Dziękujemy Violu za ten wspólnie spędzony dzień w niezwykłym mieście/państwie.

Podróż, styczeń 2016
