Z Galapagos wracamy samolotem do Quito. Przed nami ostatnia noc i ostatni cały dzień. Wylot mamy dopiero pół godziny po północy. Ale po kolei. Nocujemy w hotelu Reina Isabel, bardzo fajne miejsce. Niedaleko hotelu, bo tylko 7 min piechotą, przy ulicy Jorge Washington, znajduje się Mercado Artesanal (targ wyrobów rzemieślniczych). Na stoiskach wyroby z alpaki, produkty spożywcze jak kawa, mate de coca (napar z liści koki), czekolada, jest co wybierać na prezenty. Barwne stragany, Ekwadorki w tradycyjnych strojach, po prostu uroczo. Nie udało nam się pojechać do Otavalo słynącego z pełnego życia i kolorów targu (z czegoś trzeba było zrezygnować), więc w Quito była okazja po raz ostatni przed odlotem, zetknąć się z ekwadorskim rękodziełem.

Wieczór spędzamy w restauracji La Choza (Avenue 12 De Octubre) z Polką na Równiku, czyli Olą, mieszkanką Quito. Wspominałam o niej we wcześniejszym wpisie, o stolicy Ekwadoru. Słuchamy muzyki na żywo, jemy głównie lokalne jedzenie w tym ciekawe danie jakim jest ceviche. Tradycyjne ceviche przyrządza się, zalewając surową, posiekaną rybę sokiem z cytrusów, z dodatkiem cebuli, papryczki chili i soli, pozostawiając do krótkiego zamarynowania. Nie może też zabraknąć canelazo, typowego dla Quito drinku podawanego na ciepło, z aguardiente (wódka z trzciny cukrowej) z sokiem z limonki i pomarańczy, cynamonem. Bardzo smaczne. Przede wszystkim zaczynamy wspominać, pytamy Olę o wytłumaczenie spotkanych podczas podróży rzeczy, które nas zadziwiły lub których byliśmy po prostu ciekawi.
Ostatni dzień postanawiamy spędzić między innymi na farmie motyli. Walizki oddajemy do przechowali w hotelu, wynajmujemy przy pomocy obsługi samochód i wyruszamy w kierunku Mindo, turystycznego miasteczka z motylarnią. Bilet wstępu do niewielkiego Mariposarium kosztuje 6$ od osoby, zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem. Na wstępie dostajemy krótki wykład o życiu motyli. Potem oglądamy kokony, larwy, cały rozwój motyla. Dowiadujemy się, że żyją tylko półtora miesiąca, są piękne więc chyba trochę za krótko. Po śmierci możemy oglądać je jako eksponaty w galeriach. Ze skrzydeł motyli robi się też biżuterię, wisiorki, kolczyki itp.


Jeśli myślicie, że to koniec zwiedzania to jesteście w błędzie, po tym wykładzie wchodzimy do właściwego mariposarium, gdzie możemy podziwiać żywe motyle. Farma motyli to przestrzeń otoczona z każdej strony siatką, włącznie z dachem. W warunkach zbliżonych do naturalnych lata ponad 20 gatunków motyli. Przysiadają na oczku wodnym, naczyniach z rozgniecionymi bananami, na ręce, na głowie, na drzewach i kwiatach. Są piękne, siadamy i obserwujemy nie tylko motyle, ale też egzotyczne kwiaty, których nie brakuje. No niestety czas jest ograniczony więc zbieramy się do wyjścia. W Mariposarium znajduje się sklepik z pamiątkami, więc jeśli ktoś ma ochotę może sobie coś nabyć związanego z urokiem motyli.


W drodze do samochodu podziwiamy jeszcze miejscowy rafting, bardzo popularny, bo jadąc do farmy co chwila mijaliśmy niewielkie centra oferujące tę rozrywkę. Jak to wygląda widać na zdjęciach.

Zanim opuścimy Mindo, zatrzymujemy się w restauracji El Chef, czytałam o niej w Internecie jako o miejscu z pysznymi stekami. Chodziło głównie o Panów, którzy lubią steki. W tej restauracji podawane są na ciepłych, bazaltowych płytkach. Ja tradycyjnie, skoro była taka możliwość, pozostałam wierna rybie.

Czas płynie nieubłaganie, zaraz powrót do Quito, a potem już tylko lot do Polski. Będzie co wspominać, poczynając od smaku bananów nieznanego u nas w Polsce, po rum ekwadorski, kawę o tak oleistej konsystencji i podawanej często jako esencja, do której trzeba dolewać wodę, aż po ludzi i miejsca do których dotarliśmy.
Podróż, listopad 2014.
