RPA

Johannesburg, Jo’burg, eGoli i okolice

Przed wyprawą do RPA, przygotowanie do zwiedzania tego miasta sprawiło mi najwięcej problemów. Przejrzałam przewodniki, informacje na blogach i zadecydowałam co i jak powinniśmy zobaczyć. Z internetowych wpisów dowiedziałam się, że jazda „swoim” samochodem nie jest zbyt rozsądna, chociaż miejsca warte odwiedzenia są od siebie oddalone, w końcu Johannesburg to metropolia największa w Afryce, licząca ok. miliona mieszkańców. Podobno RPA najlepiej można poznać w Johannesburgu lub jak mówią biali mieszkańcy Jo’burgu, a czarna część społeczeństwa eGoli (Krainie Złota). No więc jak zwiedzać? Jeden z blogerów podpowiedział, że wygodnie i bezpiecznie jest zwiedzać miasto autobusem City Tour. Wysiada się przy największych atrakcjach, a do wyboru jest kilka opcji. Był to w każdym razie jakiś pomysł. Moim tradycyjnym marzeniem, było jednak znaleźć osobę polskojęzyczną, która mieszka w Johannesburgu lub okolicach. Wysłałam kilka zapytań i pierwsza odezwała się Kasia, udało nam się nawet ustalić plan zwiedzania, ale jej zbyt późny powrót z Polski do RPA ostatecznie przekreślił to spotkanie. Drugą osobą była Małgosia Komandera, która prowadzi biuro turystyczne http://www.extreme-africa-travel.com. Po rozmowie z nią plan zwiedzania uległ sporej zmianie, a ostatecznie wykrystalizował się już podczas wspólnie spędzonego dnia.

Spotkaliśmy się rano w naszym pensjonacie Melrose Place Guest Lodge, który bardzo polecam. Cisza, spokój, oaza zieleni w centrum miasta. Przemiła właścicielka, klimatyczne pokoje, generalnie warto.

Razem z Gosią, wyruszamy na przejażdżkę po Johannesburgu naszym, wypożyczonym samochodem. Ścisłe centrum to wieżowce, w których mieszczą się banki, korporacje i urzędy. Tak jak w Pretorii na chodnikach przechadzają się tylko czarni obywatele, ale to nie powoduje u nas (jedynych białych) dyskomfortu, tym bardziej, że niektórzy Afrykanie „dbają” o nas i ostrzegają przed noszeniem telefonu w ręku. Centrum miasta nie wywiera na nas specjalnego wrażenia, budynki są mniej lub bardziej ciekawe architektonicznie, cóż, duże miasto w dobrze rozwiniętym kraju. Jak dowiadujemy się, część z budynków to pustostany. Kiedy biali obywatele opuścili centrum, niektóre budynki zostały zajęte przez Afrykanów. Teraz dla miasta jest to spory kłopot, co zrobić z 300 osobami zajmującymi nielegalnie budynek w centrum miasta ? Czarni przywódcy zaczęli też sobie zdawać sprawę, że bez pomocy białych i tego co stworzyli nie będzie tak łatwo przeprowadzić zaplanowane zmiany. Opuszczone przez nich budynki (nie tylko w centrum) będą zwyczajnie niszczały.

Po krótkim spacerze opuszczamy centrum i kierujemy się w stronę Muzeum Apartheidu. Architekci zaprojektowali budynek, przypominający warunki więzienia na wyspie Robben. Do muzeum prowadzą dwa osobne wejścia: dla białych i czarnych, dla kobiet i mężczyzn, czyli jak za czasu apartheidu. Ponieważ mamy ograniczony czas, rezygnujemy z wejścia do środka, tym bardziej, że nie cała grupa mówi po angielsku. Tuż obok mieści się Gold Reef City, obiekt, w którym zrekonstruowano stolicę RPA z XIX wieku. Został zbudowany wokół szybu nr 14, należącego do dawnej kopalni złota. Odtworzono w nim czasy, kiedy Johannesburg przekształcał się z obozu poszukiwaczy cennego kruszcu, w duże miasto. Można wybrać się na wycieczkę po nieczynnej kopalni, zobaczyć pokaz tańców plemiennych, a także zobaczyć miasto z perspektywy najwyższego w Afryce diabelskiego młyna. Aby uzyskać dostęp do wycieczek po kopalni, trzeba niestety wejść (tzn. wykupić bilet) do wesołego miasteczka. Ponieważ szkoły miały jakiś specjalny dzień, do kasy były tłumy uczniów, wyglądało to na minimum 2 godziny stania w kolejce. Decyzja mogła być więc jedna, nie mamy tyle czasu, aby marnować go na stanie w kolejce. Zajeżdżamy więc tylko na chwilę przed pobliskie kasyno, aby zrobić pamiątkowe zdjęcia przy słynnej fontannie z antylopami.

Jutro ruszamy w kierunku Kruger Park, więc zanim dotrzemy do Monte Cassino, zatrzymujemy się w CH Sandton, aby zrobić zakupy spożywcze na drogę. Kraj bogaty, a więc i centrum handlowe przyciąga różnorodnością sklepów, pięknymi wystawami. Przy Nelson Mandela Square, wybieramy knajpkę Trumps Grillhouse and Butchery i zatrzymujemy się na krótką przekąskę. Dania pięknie podane i smaczne, czego chcieć więcej. No chyba ciągle nowych wrażeń.

Ruszamy w kierunku Monte Cassino, miejsca, które będąc jeszcze w Polsce uznałam za nie warte odwiedzenia. Jedziemy przez piękne dzielnice willowe, w których w domach opuszczonych przez białych mieszkają teraz czarni obywatele. Większość domów ma wysokie ogrodzenia, zakończone drutem pod napięciem. Ulice wysadzone są jacarandami, a ponieważ mamy wiosnę, purpurowe kwiaty na drzewach i opadłe płatki na jezdni tworzą bajkowy klimat. To właśnie w Johannesburgu poczuliśmy to, czego nie udało nam się zobaczyć w Pretorii, kiedy patrzy się na szpaler kwitnących jacarand.

Ale wracając do kolejnego celu podróży, pewnie zastanawiacie się, co to jest to włosko kojarzące się miejsce ? Monte Cassino to centrum rozrywki, restauracje, sklepy, kasyno, a to wszystko pod jednym dachem, w oczywiście włoskiej scenerii. W Polsce słysząc o tym miejscu myślałam, jakie to mało afrykańskie. Na szczęście miło się rozczarowałam, bo miejsce gdzie tłumnie popołudniami i cały dzień w weekendy przyjeżdżają okoliczni mieszkańcy okazało się bardzo sympatyczne, i nie było nagminnego kiczu (wszystko z umiarem), którego tak się obawiałam.

Podziwiamy więc włoskie miasteczka, w nocy, wieczorem, za dnia i co nam pozostaje, wcielić się w mieszkańca Johannesburga i przy filiżance „włoskiej kawy” poczuć jak spędza swój wolny czas.

Czas biegnie nieubłaganie, przed nami ostatni punkt dzisiejszego dnia, wizyta w wiosce kulturowej Lesedi. Wprawdzie Lesedi to skansen, ale myślę, że warto go odwiedzić.  Zwiedzanie z przewodnikiem jest codziennie w dwóch turach, od 11.30 do 13.30 lub od 16.30 do 18.30 (cena 310 ZAR /osobę). Z posiłkiem, zwiedzanie trwa godzinę dłużej (500 ZAR/osobę zwiedzanie + posiłek).

Po kupnie biletów udajemy się w stronę pierwszej wioski, gdzie zostajemy powitani przez wodza i z nim zaczynamy zwiedzanie. Zapoznajemy się z kulturą plemiona Ndebele, ich obrzędami, strojami oraz domostwami (ale tylko z zewnątrz), a następnie z pozostałymi głównymi grupami etnicznymi zamieszkującymi RPA (Zulu, Basotho, Xhosa i Pedi).

Wojownicy, którzy pełnią także rolę przewodników po wioskach, są ubrani w charakterystyczne okrycia ze skóry krowy, antylopy i lamparta. Każda wioska jest interesująca, mi zapadła w pamięć ta plemienia Xhosa, nie tylko ze względu na swego sławnego przedstawiciela jakim był Nelson Mandela (notabene syn wodza), ale też ze względu na bardzo charakterystyczny styl mówienia, który wyróżnia się klaskaniem językiem.

Natomiast wioska Pedi to kilka okrągłych chatek zbudowanych z gliny, krowiego łajna i słomy. Żadna z nich nie ma okien ani drzwi. Wszystkie chaty powstały na planie okręgu – nie mają kątów. Wynika to z dawnych wierzeń plemion afrykańskich, które mówią, że w każdym rogu może się czaić zły duch. Podczas wędrówki po RPA okrągłe chaty to będzie częsty widok.

Ostatnim  z punktów programu są tradycyjne tańce i śpiewy reprezentantów różnych plemion. Na pewno warte zobaczenia. Na koniec można wybrać opcję z kolacją z potrawami z mięs dzikich zwierząt. Można spróbować mięsa krokodyla, antylopy lub strusia. Taką opcję wybraliśmy, aby wrócić do hotelu i tylko odpoczywać, wspominając przy zdrowotno-odkażającym drinku wrażenia z całego dnia.

To, że udało nam się zobaczyć tak dużo w ciągu jednego dnia zawdzięczamy Gosi, jej  niespożytej energii i zapałowi, abyśmy zobaczyli jak najwięcej. Spotkanie z Gosią, Polką, która tu znalazła swoje miejsce na ziemi i Johannesburgiem widzianym jej oczami, było niezwykle ciekawe. Po raz kolejny podczas naszych podróży, ucieszyło nas spotkanie z osobą polskojęzyczną. Spotkanie z taką osobą, to nie tylko ułatwienie z zwiedzeniu miasta. Nas bardzo cieszy fakt, że mogliśmy zapytać o codzienne życie w RPA (koszty, jedzenie, bezpieczeństwo itp.), o Polonię, o rodowitych mieszkańców, o wszystko co przyszło nam do głowy.

Na koniec jeszcze parę słów o Soweto, czyli największym township w RPA. Ostatniego dnia naszego pobytu, w drodze na lotnisko przejechaliśmy przez sławne Soweto. W latach 50 – tych XX wieku apartheidowski reżim zlecił wybudowanie pod Johannesburgiem dzielnicy, która miała być sypialnią dla czarnych imigrantów, od których w znacznym stopniu uzależnione było funkcjonowanie miasta. Obecnie oddalone od centrum Johannesburga zaledwie o 15 kilometrów, jest mieszanką przepychu i biedy. Soweto to 50 połączonych osiedli, na które składają się slumsy, domki i pałace.

W slamsach mieszkają bezrobotni, w domkach   kierowcy, drobni handlowcy i tym podobnie funkcjonujący mieszkańcy miasta. Wille zamieszkują lokalni milionerzy czyli właściciele salonów samochodowych lub pól golfowych. To tu funkcjonuje największy na świecie szpital z 5 tysiącami łóżek – Chris Hani Baragwanath Hospital, zbudowany w czasie II wojny światowej. Z wielu punktów dzielnicy można zobaczyć Orlando Towers (kominy zlikwidowanej elektrowni węglowej), kolorowy punkt orientacyjny popularny w bungee i skokach base.

 

Na szczęście czasy, kiedy przewodniki odradzały turystom wjazd do Soweto już minęły. We wspomnieniach zostały rady, aby podczas jazdy nie zatrzymywać się na skrzyżowaniach w obawie o napaść i rabunek. Chociaż nie czułam żadnego zagrożenia, to i tak nie miałam zbytniej ochoty żeby wyjść i pospacerować. Zatrzymaliśmy się tylko na ulicy dwóch Noblistów czyli Vilakazi. Pod numerem 8115 przez wiele lat mieszkała rodzina skazanego Mandeli, a tuż obok, za pierwszym rogiem rodzina biskupa Desmonda Tutu. Żona Mandeli – Winnie Madikizela-Mandeli i przedsiębiorcy członkowie słynnego rodu otworzyli doskonale prosperującą Mandela’s Family Restaurant. Restauracja może przynosi dochód, ale tłum turystów i jej komercyjność zniechęciły nas, a nie zachęciły do spędzenia czasu w tej zatłoczonej  okolicy.

Dwa dni w miejskich aglomeracjach RPA mamy za sobą, teraz kierunek flora i fauna….

Podróż, listopad 2017.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *