Dzikie Wybrzeże (Wild Coast) ciągnie się miedzy Port Edward, a Morgan’s Bay. Jego nazwa wzięła się od przybrzeżnych raf i skał, które stanowiły śmiertelne zagrożenie dla przypływających statków. W wodach znajduje się wiele spenetrowanych jak i nie spenetrowanych wraków, a w kilku miejscach można je zobaczyć na plaży. Przykładem tego jest grecka Jacaranda, która w nocy 18 września 1971 roku przegrała walkę ze wzburzonym morzem. Nie była obciążona żadnym ładunkiem, ale jej silniki zawiodły i wpłynęła na plażę, Pamiątką po tych wydarzeniach są nie tylko wraki, ale też nazwy zatok, jak na przykład Zatoka Kawowa (Coffee Bay) nazwana tak na pamiątkę wydarzeń z 1863 roku, gdy rozbił się w niej statek z ładunkiem kawy. Fale oceanu wyrzuciły ziarno na brzeg, pokrywając całą plażę, to musiał być widok. Niestety, żeby zobaczyć te wraki trzeba zjechać z R349 ponad 100 km w obie strony. Czas nam na to nie pozwolił, trzeba było z czegoś zrezygnować.

Nocowaliśmy w zatoce Morgans Bay, w hotelu o tej samej nazwie. Hotel bardzo klimatyczny, nad plażą, z mnóstwem przepięknych muszelek.

Stąd mogliśmy się udać na “Bead Beach”, która jest podobno doskonałym miejscem do szukania odłamków porcelany Ming, pochodzącej z portugalskiego statku Santo Espirito (1608). Niedawno odkryto nieuszkodzoną pokrywkę garnka z porcelany Ming. Niestety burza, a także zmęczenie całodzienną jazdą pozwoliły nam tylko na spacer po plaży niedaleko hotelu.


Następny odcinek wybrzeża, który będziemy przemierzać to Garden Route, leżący pomiędzy Mossel Bay a Tsitsikammą. Przed wyprawą czytałam wiele rozczarowań dotyczących Trasy Ogrodów i muszę przyznać, że nie wolno traktować tej nazwy dosłownie. Na drodze napotkamy zieleń typowo afrykańską w postaci endemicznych roślin, czyli rozległe połacie fynbosu. Jest tu jednak zdecydowanie parę miejsc niezwykle ciekawych, wartych odwiedzenia.

Wracając do fynbosu, jego nazwa pochodzi od holenderskiego słowa fijnbosch, co oznacza “grzywny krzak”. Fynbos jest ogromnie zróżnicowanym gatunkiem. Spotkane rośliny charakteryzują się dużymi, twardymi i prawie skórzanymi liśćmi oraz sporymi, kolorowymi kwiatami. Nie brakuje też podgatunków podobnych do wrzosów lub trawy z drobnymi kwiatami, które są ułożone w kłosy wzdłuż łodygi rośliny.

Najbardziej żałuję, że nie udało nam się zajechać do Tsitsikamma National Park, czyli jednego z najbardziej malowniczych rejonów Garden Route. Marzyłam, żeby przejść się jakimś urokliwym szlakiem, z mostkami nad rzeką i nie spotykaną gdzie indziej roślinnością. Gdyby nie było tłoku do wjazdu do parku, nie odpuściłabym tej części trasy, no ale cóż c’est la vie.
Jedziemy więc do George miejsca naszego noclegu. Po drodze zatrzymujemy się w najpopularniejszym kurorcie Garden Route, czyli w miejscowości Knysna, położonej nad laguną, która połączona jest z oceanem wąskim kanałem. Wejścia do niego strzegą dwa potężne piaskowce zwane Głowami. Na wschodnią skałę można wjechać samochodem (George Rex Drive).

W przewodniku przeczytałam, że będąc w Knysnie trzeba koniecznie spróbować piwa z legendarnego browaru Mitchell’s. Udało nam się, chociaż adres podany w przewodniku nijak się ma do rzeczywistości. Miłośnikom piwa polecam degustację i podaję adres 10 New St, Knysna Central.


George jest największym miastem i głównym centrum administracyjnym Garden Route, śpimy tam we French Lodge International. Miasto takie sobie, ale posiada sporą bazę noclegową i jest doskonałym miejscem wypadowym w głąb Karru Małego, półpustynnego obszaru, który w języku plemienia khoi oznacza suchy. Surowe piękno tych ziem robi wrażenie.

Przed wyjazdem do RPA, oglądałam na kanale kulinarnym program o George i okolicach. Zwiedzenie winnicy odpadło, bo w niedzielę są zamknięte, ale wizyta w The Bench Eatery &Bar była pewniakiem. Nie szukaliśmy nic innego, zjedzenie hamburgera z tej restauracji było z góry ustalone. Na mnie, chyba jeszcze większe doznania smakowe sprawiło serwowane tu piwo z rzemieślniczego browaru z Kapsztadu. Nie znaczy to, że hamburgery mnie nie zachwyciły, ale nie jestem po prostu ich wielką miłośniczką.


Nasza wycieczka poza Garden Route prowadzi do jaskini Cango. Jaskinia jest niesamowita. Stalaktyty i stalagmity są najpiękniejsze jakie było mi dane widzieć do tej pory. Jeśli będziecie w tej części RPA, to naprawdę warto zawitać w to miejsce.



Karu Małe jest warte odwiedzin również ze względu na hodowlę strusi. W miejscowości Oudshoorn osiedlili się w latach 1880-1910 żydowscy kupcy z Europy Środkowej, którzy zapoczątkowali hodowlę strusi na dużą skale. Zbili na eksporcie strusich piór do Europy niebywałą fortunę. Europejskie damy płaciły za kilogram piór tylce co za najlepsze złoto. Dzięki tym pieniądzom, w Oudshoorn powstały okazałe domy. Kilka z nich przetrwało załamanie rynku i możemy je podziwiać do tej pory.

Strusie hoduje się nadal. Pióra służą do produkcji miotełek, za to skóra strusi wykorzystywana jest do produkcji torebek, butów i innej galanterii skórzanej, jest ona równie cenna jak skóra młodych krokodyli.

W Oudshoorn zatrzymujemy się na zakupy spożywcze. W sklepie znajdujemy polski akcent czyli czekoladę z Wawelu.
W drodze do Kapsztadu, nie sposób pominąć Hermanus, bardzo sympatycznego miasteczka położonego na Wybrzeżu Wielorybów (Cape Whale Coast). Hermanus znajduje się w osłoniętej zatoce Walker, której ciepłe wody przyciągają samice wielorybów biskajskich południowych. Można je oglądać ze ścieżek biegnących wzdłuż klifów.

Będąc w Hermanus warto zatrzymać się na posiłek w Bientang’s Cave na Marine Drive, położonej na skałach tuż nad morzem (na wysokości restauracji La Pentola).


W sezonie, wielorybi herold obserwuje morze i ogłasza pojawienie się wielorybów dmąc w róg. Ponieważ byliśmy poza sezonem, zostało nam osobiste obserwowanie. Siedząc nad pysznym posiłkiem w Bientanf’s Cave, koleżanka nie zadęła w róg, ale jej okrzyk radości na widok wielorybiej fontanny ożywił całą restaurację.


Zanim dotrzemy do Kapsztadu zatrzymujemy się na plaży Boulders, gdzie mieści się kolonia pingwinów przylądkowych na stałym lądzie. Wstęp 75 ZAR.

Z drewnianych pomostów obserwujemy zwierzaki w różnym wieku, nie wiem ile, ale ilość robi wrażenie. Zwierzęta są niemal na wyciągnięcie ręki, podziwianie tych maluchów z tak małej odległości to niesamowite przeżycie.


Ostatni punkt programu tego dnia to Chapman’s Peak, określana jedną z najpiękniejszych na świecie tras widokowych (wjazd 45 ZAR). Jej 10-kilometrowy odcinek został wykuty w skałach. Jest ładna, ale ja bym była daleka od określenia najpiękniejsza. Na pewno na długo, pozostanie w naszej pamięci urok słońca odbijającego się w tafli oceanu i widok na zbliżający się Kapsztad.


Kończąc ten wpis chciałam jeszcze pokazać trzy zdjęcia z widokami jakie towarzyszą nam często podczas przemieszczania się po RPA. Mieszkania białych obywateli spotykamy przy głównych drogach tylko w miastach, za to skromne domki czarnych mieszkańców RPA to częsty widok na prowincji, lub na obrzeżach miast.


Podróż listopad 2017.
