O cudownych winnicach leżących w Kapsztadzie i okolicach, o wielorybach biskajskich i pingwinach przylądkowych, a także o Chapman’s Peak, określanej jedną z najpiękniejszych na świecie tras widokowych, pisałam w poprzednich wpisach, teraz czas na centrum Kapsztadu i jego atrakcje.
Najważniejszy symbol miasto, to oczywiście dominująca nad całą okolicą Góra Stołowa, czyli powulkaniczny szczyt wznoszący się na wysokość 1086 m n.p.m. Oglądana z daleka góra wygląda jak przykryty obrusem stół i stąd też wywodzi się jej nazwa.

Na szczyt Góry Stołowej od 1929 roku można wjechać kolejką linową. Można też wejść na nią wykorzystując szlak pieszy. Jednak nie wybór środka transportu jest najważniejszy, najważniejsza jest pogoda, której nam podczas pobytu w Kapsztadzie zabrakło. Bardzo często Góra Stołowa zasnuta jest chmurami, wtedy niestety główny cel wyprawy czyli widoki na miasto i zatokę, jest nieosiągalny. Upamiętniliśmy więc tylko widok z podnóża kolejki, nie tak imponujący jak z samej góry, ale miasto i tak wyglądało pięknie z tej perspektywy.

Góra Stołowa poza naszym zasięgiem, a więc trzeba zejść niżej. Udajemy się na nabrzeże Wiktorii i Alfreda, Waterfront. Niegdyś mało interesujące teren kapsztadzkiego portu, po renowacji tętniący życiem.



Pełno tu restauracji, hoteli, sklepików, galerii, występów na żywo i oczywiście ludzi. Ruch duży, ale bez przesady, miejsce bardzo klimatyczne. Przewaga restauracji oferujących ryby i owoce morza, ale tu każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli nie zdecydujecie się na naprawdę dobrą, kultową sieciówkę Ocean Basket, można wybrać na chybił trafił (tak zrobiliśmy) i na pewno nie będzie źle.


W Kapsztadzie mieszkamy w hotelu Holiday Inn Expres City Center (położenie idealne), tuż przy Greenmarket Squer (najstarszy plac w mieście) i Trafalgar Palace z targiem kwiatowym. Lubię targi, ale ten na Greenmarket Squer choć przyjemny, to oferuje to samo co na stoiskach w całym RPA. Oczywiście sporo stoisk w jednym miejscu daje możliwość wypatrzenia czegoś fajnego na pamiątkę.

Jesteśmy w samym centrum Kapsztadu, więc do ciekawych miejsc dochodzimy na piechotę. Zaglądamy do Ogrodów Kampanii założonych w XVII wieku przez osadników, którzy w uprawiane tu warzywa zaopatrywali statki handlowe. Zanim do nich wejdziemy mijamy jeden z najstarszych budynków w RPA, Dom Niewolników z 1929 roku. W ogrodach znajduje się Biblioteka Narodowa, jedna z najstarszych bibliotek publicznych na świcie, a między zwiedzającymi biegają wiewiórki, które sprowadził ze Stanów Zjednoczonych premier Cecil Rhodes (1890-1896). Prawdę mówiąc te najstarsze budynki to tak przy okazji, bo blisko hotelu i w drodze do Mabu Vinyl.


Od chwili gdy zapadła decyzja o wyjedzie do RPA, wiedziałam, że muszę odwiedzić to miejsce. Zafascynowało mnie ono po obejrzeniu nagrodzonego Oskarem dokumentu “Searching For Sugar Man“. Stephen “Sugar” Segerman mieszka w Kapsztadzie i jest właścicielem sklepu muzycznego Mabu Vinyl. To właśnie Sugar z Malik Bendjelloul, reżyserem filmu “Searching For Sugar Man”, spędził ponad sześć lat pracując nad dokumentem, który zdobył dwie nagrody na festiwalu Sundance 2012. Film zdobył też wiele nagród na festiwalach filmowych na całym świecie, w tym nagrodę Bafta, a w 2013 roku wspomnianą już Nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej.

Bohaterem filmu jest Sixto Rodriguez, amerykański muzyk meksykańskiego pochodzenia, któremu na przełomie lat 60. i 70. wróżono sukces na miarę Boba Dylana. Wydał dwie płyty dobrze ocenione przez krytyków, ale w ogóle nie docenione przez publiczność. Oczekiwany triumf zamienił się w porażkę, a muzyk zapadł się pod ziemię.
Po latach się okazało, że muzyka Rodrigueza, trafiła na podatny grunt w odległej RPA. Odniosła tam gigantyczny sukces, bijąc rekordy sprzedaży płyt The Beatles, Elvisa Presleya i The Rolling Stones. Jego muzykę postrzegano jako głos walki z apartheidem. Co ciekawe muzyk nie miał pojęcia, że w RPA zyskał masową popularność. Słuchacze zaś nie wiedzieli, kim jest Rodriguez. Legenda głosiła, że zastrzelił się na scenie po nieudanym koncercie lub dokonał aktu samospalenia. Historię odnalezienia muzyka i jego życie sfilmował Malik Bendjelloul. Film o Rodriguezie w połączeniu z jego muzyką jest niesamowity i chociaż czytałam głosy, że historie są trochę przekłamane, nie drążę tematu, po prostu trzeba to obejrzeć.

Sklep pozostał niezmieniony, mały, klimatyczny, a plakaty z występów Rodrigeza w RPA wiszą na pierwszym planie. Jeśli traficie tam zmęczeni lub głodni, to polecam restaurację na wprost sklepu.
Generalnie warto powłóczyć się po centrum Cape Tawn, popatrzeć na kolorową architekturę, tym bardziej, że w tym afrykańskim mieście czujesz się bezpiecznie.

Tu krótka dygresja. Jak już pisałam wcześniej, w żadnym mieście nie spotkała nas niemiła przygoda, ale od Durbanu wygląd ludzi w miastach zmienia się diametralnie. Do Durbanu zdecydowana większość mieszkańców to byli czarnoskórzy, potem proporcje zaczynają się powoli zmieniać i w Kapsztadzie na pewno nie jest to kolor dominujący.
Zwiedzanie Kapsztadu kończymy kolorowym akcentem, czyli wizytą w dzielnicy malajskiej Bo-Kaap. W tej muzułmańskiej dzielnicy uwagę przyciągają jednopiętrowe domy pomalowane na jaskrawe kolory, niegdyś kwatery niewolników, stajnie i koszary. W XVIII wieku osiedlali się tu muzułmańscy robotnicy, a także potężni imamowie z Indonezji, których potomkowie wciąż tu mieszkają.
Nic dziwnego, że Kapsztad jest jednym z ulubionych miejsc filmowców. Interesująca architektura, niezwykle ciekawe okolice z ich niepowtarzalnymi plenerami, nie są obojętne dla ekip filmowych. Zarówno filmowcy jaki i profesjonalni fotografowie doceniają szczególne właściwości światła na tej szerokości geograficznej, co pozwala im uzyskać wspaniałe zdjęcia.


Chciałam skończyć tak kolorowo, ale ponieważ to mój przedostatni wpis z wyprawy do RPA, to jeszcze słowo o townships czyli dzielnicach najuboższych mieszkańców, które ciągną się kilometrami na równinach położonych na wschód od miasta. W takich miejscach niechętnie widzi się turystów, choć mieszkańcy niektórych townshipów (np. Langa) uczynili ze swojej biedy atrakcję, którą można obejrzeć za drobną opłatą. Darowaliśmy sobie oglądanie tej biedy, bo wydaje się to trochę niesmaczne.

Przemierzając kraj samochodem widzieliśmy oczywiście nie od środka, różne miasteczka zamieszkiwane przez czarną społeczność. Wiele z nich miało komunalne łazienki i chociaż domki były małe, teren wokół był uporządkowany. Zajmowały ogromny teren więc byłam pod wrażeniem ich wytrzymałości fizycznej, bo przemierzanie tylu kilometrów dzień w dzień to nie lada wyzwanie, szczególnie dla starszych osób.

Podróż listopad 2017.
