Chiny

Made in China, lecimy aby po raz pierwszy zobaczyć na żywo

Tegoroczny weekend majowy wyjątkowo sprzyjał dalszym wyjazdom, a więc co się dużo zastanawiać, postawiliśmy na Pekin, a po krótkim zastanowieniu postawiliśmy też na Szanghaj.

Jak zwykle przed wyjazdem poszły w ruch przewodniki, wpisy na blogach, szukanie Polaków chętnych z nami się spotkać i rozmyślania co zobaczyć, co sobie darować.

Już teraz zapraszam do czytania wpisów o Pekinie, Wielkim Chińskim Murze i Szanghaju, ale najpierw o tym co mnie zaciekawiło, zdziwiło, zachwyciło i co nie do końca zgadzało się z opisami w Internecie.

Zacznę od wizy chińskiej. Naczytałam się o czekaniu, kolejce itp. Byłam pół godziny przed otwarciem ambasady. 10 minut przed czasem, wpuszczono nas do środka aby pobrać elektroniczny numerek. Niewiele ponad pół godziny (czas minął niepostrzeżenie) wyświetlił się mój numerek. Miałam łącznie 6 wniosków, przy okienku byłam 5 minut, może i krócej. Tyle wystarczyło aby Pani przejrzała wnioski i wypisała kwitek z kontem do wpłaty i terminem odbioru wizy. Aby nie blokować innym, niestety zauważyłam, że jest to dosyć częste, trzeba mieć przygotowane papiery zgodnie z wymaganiami ambasady (informacje na stronie) plus kserokopię paszportu. Brak kserokopii jest najczęstszą przyczyną przedłużania kolejki. Odbiór paszportów to już tylko formalność, odbywa się w oddzielnym okienku. Niech kolejka przed ambasadą nikogo nie przeraża, nie wiem od jak dawna, ale obecnie załatwienie wizy jest naprawdę dobrze zorganizowane.

Przed wyjazdem do Chin jeśli chce się korzystać z Internetu tzn. z Google, Fb, czy innych komunikatorów poza WeChat, trzeba ściągnąć aplikację VPN.

Lądujemy w Pekinie. Na lotnisku kupujemy kartę miejską na komunikację. Wszystkim ją polecam. Zwróciliśmy je kończąc podróż, w tym samym miejscu na lotnisku. Dostaliśmy zwrot za kartę i nie wykorzystane przejazdy. Kartę można doładowywać w maszynach lub okienkach w metrze. Dzięki niej docieramy pociągiem i metrem do naszego hotelu. Metro jest ogromne – 17 linii. Wszystko super oznaczone, łatwo się nim poruszać. Przed wejściem do metra prześwietlane są bagaże (jak na lotnisku), koledze zabrali nóż jako narzędzie niebezpieczne, ale co ciekawe, zauważyli go dopiero po czterech prześwietleniach.

W Szanghaju też podróżujemy metrem, równie rozbudowywanym (4 ringi), ale tam kupujemy kartę 3 dniową, bez limitu przejazdów. W obu miastach metra są bardzo czyste. Podczas jazdy bardzo często miga za oknem reklama.

Korzystanie z telefonów komórkowych jest powszechne, w metrze tylko wyjątki nie wpatrują się w telefon. Ludzie oglądają filmy, komunikują się, grają, czytają, nawet starsze osoby świetnie sobie radzą. To właśnie telefon nie raz pomógł nam porozumieć się z chińczykami. Aby nam odpowiedzieć mówili do telefonu w ojczystym języku, a po chwili na wyświetlaczu czytaliśmy po angielsku. Nie zgadzam się z informacjami z Internetu, że Chińczycy nie są pomocni, zawsze chcieli nam pomóc i co najważniejsze z dobrym efektem. Zdarza się, że taksówkarze podają wyższe ceny turystom, trzeba więc ustalać cenę przed kursem i oczywiście poznać wcześniej ich ceny (na wielu blogach można te informacje znaleźć). Ponieważ nam proponowali zawyżone ceny, ostatecznie skorzystaliśmy z autobusów miejskich. Zawdzięczamy to Hubertowi (polskiemu studentowi z Pekinu), który był zdziwiony zachowaniem taksówkarzy. Poza atrakcjami turystycznymi nie spotkał się z taką praktyką. O ile korzystanie z metra jest bardzo łatwe, dzięki napisom w języku angielskim, o tyle na przystankach autobusowych informacje są tylko po chińsku. W każdym rodzaju komunikacji miejskiej kartę miejską przykładamy do czytnika przy wejściu i wyjściu.

Jeszcze parę słów o rowerach i skuterach. W Pekinie i Szanghaju nie ma spalinowych skuterów, są tylko elektryczne, tak jak i część rowerów. Trzeba uważać, bo są bardzo ciche i nie słychać kiedy nadjeżdżają. Rowerów miejskich jest zatrzęsienie, można je brać i zostawiać w każdym miejscu. Wieczorami jeżdżą samochody i zbierają rowery pozostawione w rowach, na trawnikach itp. Myślę, że taki stan to część walki ze smogiem. Podczas podróży dziwiłam się, że tak niewiele osób chodzi w maskach.

Jak jestem w temacie komunikacji, to chciałabym powiedzieć co się dzieje jeśli przydarzy się wypadek na drodze, a to jest bezpośrednio związane z ubezpieczeniami. Chińczycy nie płacą ubezpieczeń, nie ma też u nich takiej instytucji jak ZUS, a więc nie ma emerytur (jaka to oszczędność dla kraju). Ubezpieczenia prywatne ma tylko niewielka część społeczeństwa. Jeśli podczas wypadku potrzebne jest wezwanie karetki, to za jej przyjazd płaci oczywiście sprawca wypadku. Samochody w mieście jeżdżą wolno, a pieszy nawet na pasach przy zielonym świetle, musi uważać na te skręcające w prawo i często poczekać aż przejadą.

Ponieważ nie ma ubezpieczeń, leczenie szpitalne jest drogie, a więc najczęściej korzysta się z medycyny naturalnej, w którą Chińczycy notabene bardzo wieżą. Pobyt w ścisłym, historycznym centrum Pekinu to tylko ułamek tego ogromnego miasta, myślę, że jest to powód dlaczego nie dane nam było zobaczyć skrajnego rozwarstwienia społecznego.

Po pobytach w Birmie i Tajlandii, byłam przygotowana na uliczne gotowane, jedzenie. Ani w Pekinie, ani w Szanghaju, nie spotkaliśmy tej formy wyżywienia. Jest to podobno efekt narzuconych przepisów przez chiński Sanepid. Jedyny wyjątek to nocny bazar w Pekinie, ale proponowane tam jedzenie jest jednak zdecydowanie dla turystów. Nie mniej warto tam się wybrać.

Przed wyjazdem naczytałam się jakie miejsca do jedzenia polecają internauci. Skończyło się na losowo wybranych restauracjach, tych najbliżej hotelu, lub gdy przy zwiedzaniu głód domagał się przystanku. Żadna nas nie zawiodła, a każda miała menu dwujęzyczne, tzn. po chińsku i co najważniejsze po angielsku. Kaczka po pekińsku smakowała równie dobrze w znanej szanghajskiej restauracji specjalizującej się w tym daniu jak i małej pekińskiej restauracji na wprost hotelu. Chińskie jedzenie jest niestety przygotowywane na ogromnej ilości tłuszczu. Zamówiłam w restauracji rybę, która była pyszna, gotowana co prawda krótko, ale w ogromnej ilości oleju, z ogromną ilością przypraw (to plus). Wyciągnie ryby z tego tłuszczu pałeczkami było trochę męczące. Za to ich warzywa al dente  są rewelacyjne, desery też niczego sobie. A propos restauracji, w Chinach nie daje się napiwków, ale myślę, że turyści szybko ten zwyczaj zmienią i już niedługo będzie tak jak w innych krajach.

Ja wiem, że Pekin i Szanghaj nie oddają życia w całych Chinach, ale w tych dwóch miastach bardzo zdziwiła mnie czystość i dbałość o zieleń. Oba miasta mają bardzo dużo parków. Hodowane drzewa w ramach potrzeb, są sadzone już jako duże okazy, co szybko zmienia krajobraz po budowie lub remoncie dróg i osiedli. Bardzo wiele drzew jest podpieranych słupami. Warto zwrócić też uwagę na wielką ilość platanów (to dla nich cenne drzewo), sosen plamistokorych (pnie jak u platanów) i drzew oliwnych (nie oliwkowych) o niezwykle ciekawej korze.

Skoro Chiny to państwo liczące ok. 1,4 miliarda ludności, doświadczamy tego na każdym kroku. Ogromne dworce kolejowe, zarówno w Pekinie jak i w Szanghaju oba mają 26 platform, a więc i hale dworcowe są ogromne i nowoczesne. Prześwietlani jesteśmy jak na lotniskach. Wymagane jest przybycie na dworzec minimum 1,5 godziny przed odjazdem pociągu. Tak naprawdę, w naszym przypadku nie było to konieczne. Wszystko szło bardzo sprawnie, pomimo ogromnej liczby podróżnych nie było żadnych zatorów ani kolejek.

Architektura nowych miast  i dzielnic jest jednakowa. W drodze między Pekinem a Szanghajem widzieliśmy miasta z identycznymi wieżowcami i wielopasmowymi drogami i takie same duże dworce kolejowe.  Krajobraz za oknem to również duże obszary pól uprawnych, jezior z hodowlą ostryg, wiatraków itp.

Obsługa jest bardzo sprawna, bo zarówno w pociągu jak i na stacjach, w metrze i generalnie w mieście dużo jest pracowników w tym mundurowych.

Chińczycy chodzą wolno, poza sytuacjami, gdy zależy im na zajęciu dobrego miejsca czy to stojącego dla dobrego widoku, czy po prostu siedzącego. Wtedy biegną, czego doświadczyłam w Szanghaju podczas jazdy promem z Bunt na Putong. Byłam w dużym szoku. Przy tej okazji dowiedziałam się od Kordiana (naszego przewodnika po Szanghaju), że Chińczycy (chyba generalnie Azjaci) nie potrafią zachować się w tłumie, ulegają panice. Często dochodzi do sytuacji gdy się tratują. Tak było parę lat temu w Szanghaju, gdy Rosjanie w noc sylwestrową bardzo rozbawieni rzucali fałszywe dolary z okna hotelu. W pędzie po te dolary stratowało się 100 Azjatów. Pomimo dużej ilości ludzi, nie czuje się tłoku. Chińczycy są narodem, który nie naciska, nie popycha, zachowuje dystans.

O tym, że Chińczycy rano i wieczorem ćwiczą w parkach tai chi, oczywiście wiedziałam. Okazało się, że z reguły ludzie w różnym wieku, ustawiają magnetofon i przy muzyce tańczą różne układy taneczne. Nie musi to być park, może to być większy placyk przy głównej ulicy, promenada itp. Lubią też śpiewać karaoke i robią to przy pomocy przenośnych, małych urządzeń. Często można posłuchać w parkach krótkich koncertów, na różnych instrumentach. Nam udało się spotkać skrzypaczkę i saksofonistów.

Przypadły mi również go gustu, siłownie na wolnym powietrzu. Tym się różnią od naszych, że mają urządzenia do masażu. Powszechny widok, to Chińczyk masujący sobie nogi, bark, czy kręgosłup lędźwiowy.

Ciekawostką z życia Chińczyków jest, nieużywanie pieluszek u większych maluchów. Nie byłoby to dziwne, gdyby nie fakt, że dla ułatwienia, spodnie u dzieci są rozpruwane z tyłu, tak aby łatwiej było poradzić sobie z naturalnymi potrzebami. Widok chodzących maluchów w tak przygotowanych spodniach, nie jest rzadkością. Od trzech lat nie obowiązuje już polityka jednego dziecka, wprowadzona w 1979 roku. Wtedy to rodzina chińska musiała “ograniczyć się” do jednego dziecka, lub dwóch gdy pierwsza urodziła się dziewczynka.

Pekin zaszokował mnie ogromną ilością toalet publicznych. Jest to między innymi pokłosie braku kanalizacji w tradycyjnych chińskich zabudowaniach (hutongach). Miasto zadecydowało o powstaniu publicznych toalet. Znajdziecie je na każdym kroku. W ścisłym turystycznym centrum Pekinu, co chwila widzę panią, która sprząta toalety. W innych częściach Pekinu z ich czystością jest prawdopodobnie różnie.

Chińczycy mają też miejsca w przestrzeni publicznej, w których uprawiają hazard. Spotkaliśmy parę takich miejsc. Gracze siedzą przy stolikach i nie tylko grają w karty, ale też w kości i inne nie znane mi gry. Tylko raz udało nam się zobaczyć, jak gracz szybko przelicza wygraną i chowa banknoty do torebki. Pieniądze nigdy nie leżą na stoliku.

Nasza uwagę przyciągał styl ubierania się Chinek. Nie wiem w jakim wieku (czy tylko młodzież), bo jak oglądałam reklamę podczas jazdy metrem, w której partner nie rozumiał pretensji partnerki, a pokazywani byli w różnych sytuacjach również w łóżku, to miałam wrażenie, że oglądam parę młodziutkich nastolatków, a nie parę dorosłych osób. Stroje mieszkanek były naprawdę różnorodne, od prawie wieczorowych sukni, zwiewnych muślinów, po typowo sportowe. Wszystko przemyślane i wysmakowane.

Nie wiem skąd takie fajne i różnorodne ubrania, ale faktem jest, że Chińczycy to mistrzowie naśladowania (delikatnie mówiąc). Mają 13 swoich marek samochodowych, wiele wzorowanych na amerykańskich lub europejskich modelach samochodów. Nic im za to nie grozi, bo nie mają podpisanej umowy z innymi krajami o zakazie kopiowania.
I jeszcze jeden przykład kopiowania. W Chinach produkują też szynkę parmeńską. Robią to w bardzo prosty sposób, wybudowali miasto zwane Parmą.

Stosunek Chińczyków do białych ludzi jest bardzo pozytywny, co tu dużo mówić jest nam łatwiej i ciągle jesteśmy dla nich czymś wyjątkowym. Często zdarzało się robienie nam zdjęć z ukrycia, lub proszenie o wspólne zdjęcie, a byliśmy przecież nie na prowincji, gdzie biały człowiek być może nigdy nie zawitał, tylko w stolicy.

Sami Chińczycy nie są zadowoleni, gdy im robi się zdjęcia. Jeśli ktoś nie chce, trzeba to uszanować.

To chyba na tyle moich najważniejszych wrażeń, jak coś umknęło to pojawi się w kolejnych wpisach. Jedno wiem na pewno, już dziś zachęcam do odwiedzenia Pekinu i Szanghaju. Dwa niesamowite miasta, a w chwili obecnej przy podstawowej znajomości angielskiego, naprawdę łatwe i przyjemne w zwiedzaniu. Chiński język (ten standardowy) ma 8 tysięcy znaków. Jeszcze nie rozgryzłam, dlaczego jest tak, że w telefonie mają na klawiaturze łacińskie litery, u góry w podpowiedzi są chińskie znaki, a do rozmówcy wiadomość wysyłana też jest już w chińskiej pisowni. To taka mała dygresja na koniec, która przyszła mi do głowy.

Podróż, maj 2018.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *