Zanim opiszę jak dotarliśmy na Wielki Mur i do której jego części, garść ciekawostek i faktów o najdłuższej konstrukcji zbudowanej przez człowieka.
Pierwsze fragmenty muru wzniesiono w V wieku p.n.e., były to niewielkie obwarowania wznoszone prze szlachtę, stanowiące ochronę przed najazdem plemion mongolskich i mandżurskich.
Pierwsza, prawdziwie połączona ściana została zbudowana za panowania Pierwszego Cesarza Chin – Qin Shi Huangti, któremu około 221 r. p.n.e. udało się zjednoczyć kraj pod jednym panowaniem. Podjął też decyzję o budowie jednej fortyfikacji broniącej imperium.

Wielki Mur Chiński budowano w różnym czasie, z zastosowaniem przeróżnych technik (zaprawa z jajek, kleiku ryżowego…). Ostatni fragment wybudowano w 1878 r.
Całkowita długość Wielkiego Muru Chińskiego, wzniesiona podczas panowania różnych dynastii, wynosiła ponad 21000 km. Liczy on wiele bocznych odgałęzień i wiedzie grzbietami górskimi położonymi na wysokości około 1000 m n.p.m. Konstrukcja obejmowała również liczne strażnice i wieże, baraki dla żołnierzy, a także twierdze stworzone do rozstrzygania czołowych walk.

Obecnie możemy podziwiać jedną z kilku części zachowanego głównego muru, który liczy 2400 km długości.
Do tak wielkiego zamierzenia zaangażowano ponad 3 miliony robotników. Pod przymusem rekrutowano chłopów, niewolników, skazańców i więźniów wojennych, którzy pracowali na budowie aż do śmierci. Ponadto cesarz Qin Shi Hiang nakazał, aby każdego z robotników drzemiących przy budowie, lub padających ze zmęczenia pochować żywcem w środku budowanego muru.
Wielki Mur Chiński ponad 2500 lat temu był skutecznym sposobem na obronę terytorialną Chin, a dziś jest potężnym symbolem i niezwykłą atrakcją turystyczną. Liczne odwiedziny światowych liderów, w tym między innymi prezydentów Stanów Zjednoczonych, królowej Elżbiety II, premier Margaret Thatcher, Borysa Jelcyna, Władimira Putina, Nelsona Mandeli, cesarza Akihito oraz naszego prezydenta, sprawiły, że Wielki Mur Chiński uważany jest za pomnik w historii dyplomacji Chin.
Co nam pozostaje, ruszać za „wielkimi tego Świata”, na pewno mniej komfortowo, ale nie mniej ciekawie, a może i bardziej.

Najchętniej odwiedzany przez turystów jest Badaling, ze względu na niezły dojazd. Przekłada się to niestety na duży tłok. Decydujemy się więc na mniej komfortowy dojazd, ale i na część muru mniej uczęszczaną czyli Mutianyu. Dojazd na obie części muru jest doskonale opisany na https://www.tour-beijing.com/blog/category/beijing-travel/beijing-great-wall. Krok po kroku opisana jest komunikacja, łącznie ze zdjęciami przystanków, budynków gdzie trzeba wysiąść, stacji, cen za przejazd i wszystkimi detalami niezbędnymi, aby dotrzeć na miejsce.
Zgodnie z instrukcją dojeżdżamy metrem do Dongzhimen Bus Station, gdzie wsiadamy do autobusu 916 Express. Za przejazd płacimy miejską kartą (dzięki temu mamy rabat 50%), można też gotówką. Autobusy odchodzą jeden po drugim. W Chinach jest to normalne. Jak tłum się przerzedzi, trzeba będzie czekać zdecydowanie dłużej na kolejne autobusy.
Zanim wsiądziemy do autobusu, zostajemy wybrani przez konduktora jednego z nich. Upatrzył nas sobie bo byliśmy idealną grupą do jego 7 osobowego samochodu. Zamiast więc wysiąść tak jak opisuje podana przeze mnie strona, robimy to 2 przystanki wcześniej, gdzie wsiadamy do samochodu konduktora. Kwota za dojazd do Wielkiego Muru Chińskiego nie jest specjalnie zawyżona, dopiero przy murze zaczyna się targowanie o cenę powrotną. Z Chińczykiem porozumiewamy się oczywiście dzięki tłumaczowi telefonicznemu. Dobijamy targu i ruszamy w stronę kas. Nasz nowy przewodnik, nie dość, że podjechał prawie pod kasy to jeszcze ciągnie nas do nich bez kolejki. Płacimy 120 juanów od osoby, w tym mamy wstęp, wjazd koleją krzesełkową i zjazd do wyboru, albo kolejką, albo toboganem. Na mur można też wejść na piechotę lub wjechać gondolą.

Do krzesełek jest spora kolejka, ale w towarzystwie czas mija szybko i wkrótce jesteśmy na sławnym Wielkim Murze Chińskim. Widoczność jest na szczęście całkiem niezła i można go podziwiać w całej okazałości.

Po wjeździe na górę można iść w prawo lub w lewo, my kierujemy się w prawo. Idąc w lewo spotkalibyśmy się z tymi, którzy wchodzili na piechotę lub wjeżdżali gondolą. Ludzi jest sporo, ale o przepychaniu się nie ma mowy. Idziemy swobodnie, acz uważnie, bo stopnie schodów są różnej wysokości, niektóre dosyć wysokie. Mur robi wrażenie, szczególnie biorąc pod uwagę jego usytuowanie i różnorodność, którą chyba najbardziej zawdzięczamy duchom nie lubiącym krętych i zygzakowatych tras.

Na trasie, jakże by inaczej, spotykamy polskich studentów uczęszczających na chińskie uczelnie. Radzą nam wyjść poza mur i przejść się po fragmencie niedostępnym dla zwiedzających. Chcemy nawet to zrobić, ale po wyjściu poza, oceniamy, że jednak nie jest naszym marzeniem podejście dość wysoko w górę, aby zobaczyć nieodnowioną część. Rewelacji w widokach poza trasą raczej się nie spodziewamy. Spacer po murze kończymy zjazdem toboganem. Bardzo przyjemna przygoda dla każdego.

Ruszamy do samochodu. Niestety nasz chiński przewodnik, przegapił nas, co skończyło się 40 minowym czekaniem. Było już późne popołudnie więc i wracających zrobiło się sporo, stąd na fragmentach tras spotykamy korki. Nasz Chińczyk przeszedł samego siebie, jechał pod prąd, nawet na dwupasmowych fragmentach drogi. Wyjeżdżając z za zakrętu jechaliśmy na wprost policyjnego samochodu. Oba samochody zwolniły, zjechały na bok i tyle. U nas byłoby to nie do pomyślenia, chyba pokazywaliby nas w TV i pisali o nas na portalach internetowych. Przewodnik odstawia nas do autobusu, ale nasza przygoda wcale się nie kończy.
Wsiadamy w 916 Express, ale okazuje się, że do expresu to mu daleko. Nie jedzie do Pekinu autostradą, tylko co prawda dwupasmówką ale z licznymi światłami. Na Wielki Mur Chiński jechaliśmy ok 1,5 godziny (również w korkach w Pekinie), wracamy ponad 3 godziny. Po ponad 1,5 godziny zaczynają się głośne dyskusje z konduktorem, po 2 godzinach autobus zatrzymuje się w pobliżu toalety publicznej. Jak już wszyscy wrócili, to konduktor poczuł pilną potrzebę skorzystania z tego przybytku. Część pasażerów opuszcza pojazd i rusza na piechotę, prawdopodobnie do Airport Express, którego tory biegną wzdłuż naszej trasy. W końcu dojeżdżamy, jeszcze tylko metro i na szczęście udaje nam się zdążyć do restauracji naprzeciwko hotelu (dochodzi 22), na pierwszą w Chinach (ale nie ostatnią) kaczkę po pekińsku. Jesteśmy jednymi z ostatnich gości.
Uff, wyjątkowo długi dzień, ale to tak chyba musiało być skoro i mur chiński krótki nie jest…
Podróż, maj 2018.
