Zadecydowaliśmy, że z Pekinu do Szanghaju dotrzemy nie samolotem, ale szybką koleją, której otwarcie nastąpiło 1 lipca 2011 roku dokładnie w 90-tą rocznicę powstania Komunistycznej Partii Chin. Bilety kolejowe www.chinahighlights.com zamówiliśmy już w Polsce, czekały na nas w hotelu. Na dworzec docieramy metrem, przechodzimy odprawę (bardzo szybko) i czekamy na ogromnej hali pełnej krzesełek, sklepów itp. wygód. Dworzec kolejowy to prawie 30 platform, perony są szerokie, nowoczesne tak jak stojące przy nich pociągi.

Ponad 1100 km pokonujemy w 4,5 godziny lub jeśli więcej stacji pośrednich o godzinę dłużej. Cała trasa pociągu przebiega na estakadach, jest więc bezpiecznie i komfortowo, bardzo cicho i ponadto pociągiem nie buja. W cenie biletu otrzymujemy posiłek, a płatne dania „przechadzają się” wzdłuż wagonów na zmianę z osobami utrzymującymi porządek.

Prędkość pociągu wcale nie przeszkadza w podglądaniu Chin przez okno, zdjęcie też da się zrobić. Widzimy więc pola uprawne, nowoczesne miasta z architekturą prawie identyczną, wiatraki i żadnej biedy.

Podróż mija niepostrzeżenie i już jesteśmy w Szanghaju. Do hotelu Metropol Classiq w dzielnicy Bund, docieramy metrem, równie imponującym jak w Pekinie (4 ringi, jedno z najdłuższych na świecie). Po wyjściu z metra, mały problem, w którą stronę iść? Jesteśmy na ulicy Nanjing, handlowym deptaku Szanghaju. Ludzi tłum i my z walizkami w tym tłumie, a po bokach eleganckie centra handlowe.
Z pomocą przychodzi nam Dorota, Chinka na wakacjach w Szanghaju, która z pomocą telefonicznego tłumacza, nie tylko pokazuje nam w którym kierunku iść, ale ostatecznie odprowadza nas pod sam hotel.
W hotelu umówieni jesteśmy z Kordianem, który prowadzi blog https://orange-jack.com/ i od paru lat przebywa w Szanghaju. Pokaże nam to miasto swoimi oczami.
Szanghaj jest jak na Chiny stosunkowo młody, ma zaledwie tysiąc lat historii. Leży na bagnistych terenach, które powstały u wybrzeża dzięki osadom niesionym przez wody Jangcy i pobliskie rzeki. Przez stulecia był jedną z licznych osad na tych gęsto zaludnionych terenach. Mury miejskie zbudowano w Szanghaju w 1553 r., miały chronić gród przed japońskimi piratami.
Nowy Szanghaj zawdzięczamy zamorskim najeźdźcom. Po pierwszej wojnie opiumowej Brytyjczycy zgodnie z umową utworzyli w Szanghaju koncesję terytorialną, która choć pod formalnym nadzorem chińskim, rządziła się swoimi prawami. W 1845 r. zaczęli osiedlać się tuż obok starego chińskiego miasta. W ich ślady poszli Francuzi, Amerykanie, Niemcy. W koncesjach władzę sprawował konsul danego kraju. W ciągu dwóch dekad przekształcili miasto w imponującą, gospodarczą metropolię, kontrolującą handel pomiędzy Chinami a światem.
Szanghaj to jedno z największych miast na świecie, największe chińskie centrum gospodarcze i finansowe, najważniejszy węzeł komunikacyjny i trzeci co do wielkości port morski na świecie. Praktycznie wszystko, co nowoczesne w Chinach, zaczęło się w Szanghaju, a więc kino, literatura i kabarety. Poza tym tramwaje, szczepienia, kanalizacja i prasa kobieca. Dużo tego naj, a to przecież nie wszystkie. Ponieważ jest późne popołudnie mamy tylko jeden cel tego dnia, oczywiście z przedrostkiem naj. W finansowej dzielnicy Pudong w oszałamiającym tempie rosną wieżowce ścigające się o miano najwyższego na świecie. Do jednego z nich udajemy się promem, po wcześniejszym krótkim spacerze promenadą Bund i podziwianiu oświetlonych, charakterystycznych wieżowców Pudongu w tym wieży telewizyjnej – Perła Orientu ze szklanych pereł.

Przed wyjazdem rozmyślaliśmy, na który wieżowiec wjechać, ale Kordian podejmuje za nas decyzję i jest ona fantastyczna. Wybór pada na budynek, który bije wszelkie rekordy czyli Shanghai Tower. Najwyższa restauracja na świecie – na 120 piętrze, najwyższy hotel na świecie – na 101 piętrze, najwyższy basen na świecie – na 84 piętrze, najszybsza winda – 18m/sek i najwyższa platforma widokowa – 546m. Koszt budowy – 2,30 miliarda USD. Cena biletu na platformę widokową to 160 Juanów (Pearl Oriental Tower cena wyjazdu 220 Juanów). Budynek jest bardzo ekologiczny, posiada ogromny zbiornik, który zbiera deszczówkę celem wykorzystania jej w systemach klimatyzacyjnych. Używa wodę opadową (zbieraną w dużej mierze z parapetów w kształcie lejków i transportowaną kanalikami do zbiorników retencyjnych) do nawadniania ogrodów oraz spłukiwania toalet.

Zaprojektowano wiele innych rozwiązań, którymi nie będę zanudzać (chętni znajdą te wiadomości na fachowych stronach) wspomnę jeszcze tylko o niesamowitych osiągach windy. Na platformę widokową (546 m) wjeżdżamy w 55 sekund, oglądając te wskaźniki na monitorku umieszczonym w windzie. Co ważniejsze nie czujemy żadnych przeciążeń.
Zanim dojdziemy do windy, przed przejściem przez bramki oglądamy wyświetlany na ścianie film o historii Szanghaju. Krótka produkcja, którą ogląda się z wielkim zainteresowaniem. Za bramkami znajduje się ekspozycja poświęcona największym budynkom na świecie. Pokazane są też konkursowe projekty Shanghai Tower, decyzja co prawda już zapadła, ale my bawimy się w swój wybór i co do przewidzenia nie jesteśmy jednomyślni. Poza tym fajnie jest zobaczyć wizualizację zwycięskiego projektu i jej efekt w rzeczywistości. Forma zwycięskiego budynku to „metafora ducha i filozofii Chin, spirala jest symbolem kosmosu w chińskiej kulturze, forma wieży symbolizuje połączenie Chin ze światem, przestrzenią i czasem”.

Na platformie zostaje nam tylko podziwianie oświetlonego Szanghaju. To co widzimy pięknie wyeksponowane światłem to w większości efekt inwestycji z ostatnich 20 lat. Robi wrażenie.

Następnego dnia rano podziwiamy osiągnięcia złotych lat Szanghaju, które przypadły na początek XX w. Symbolem tych dobrych czasów pozostaje Bund, czyli zachodni brzeg przepływającej przez miasto rzeki Huanpu Jiang. Eleganckie budynki, dawne siedziby banków, hotele czy redakcje anglojęzycznych gazet ciągle prezentują się bardzo okazale. Warto przejść się nadrzeczną promenadą i popatrzeć na nie z tej perspektywy.

Nasz następy cel spaceru po Szanghaju to Stare Miasto. Tutaj czujemy się jak w „prawdziwych” Chinach, a to dzięki architekturze, wąskim uliczkom, świątyniom, sklepikom, herbaciarniom itp.

Dzięki Kordianowi odwiedzamy herbaciarnię, ale nie żeby smakować herbaty (to później) tylko po to by z jej tarasów móc podziwiać dachy Starego Miasta.

Przechodzimy mostem dziewięciu zygzaków będącego symbolem Szanghaju. Te zygzaki to nie tak same dla siebie. Chińczycy wierzą, że duchy chodzą prosto, więc te załamania mają na celu ochronę przed ich zgubnym działaniem.

Po Starym Mieście trzeba się powłóczyć, nie brak tu ciekawych miejsc, ale i turystów nie brakuje.
Opuszczamy Stare Miasto i udajemy się na dużo spokojniejszy Plac Ludowy. To nie jest jakiś tam placyk to jest ogromny plac, na którego krańcach znajdują się stacje metra.
Jeszcze w 1933 roku Brytyjczycy organizowali tu wyścigi konne. Pełno tu gmachów z epoki kolonialnej, hoteli art déco, najważniejszych miejskich instytucji, towarzystw ubezpieczeniowych, muzeów. Symbolem nowoczesności jest budynek Opery. Najbardziej żałuję, że nie weszliśmy do Muzeum Urbanistyki z olbrzymią makietą miasta (600 m2), tym bardziej, że udałoby się wykroić czas na tę wizytę.

Z Placu Ludowego udajemy się piechotką do dawnej koncesji francuskiej. Po drodze podziwiamy czteropoziomowe skrzyżowania uliczne. Robi to wrażenie, ale i nie dziwi, w końcu to miasto z wieloma przedrostkami naj.

Zabudowa tego terenu powstająca od 1840 roku jest w stylu francuskim. Miło jest pospacerować się ulicami w większości wysadzanych platanami, z pięknymi fasadami budynków.


Warto odetchnąć chwilę w jednej z kawiarni, co też robimy i choć na chwilę wstąpić do założonego w 1909 roku Fuxin Park. Tam wskazane jest przejść się ścieżką wyłożoną kamykami, idealnymi do masażu stóp (przydatne przy pokonywaniu dużych odległości), popatrzeć na stoliki karciane (nie wolne od hazardu) lub posłuchać muzykujących Chińczyków.


W koncesji francuskiej i okolicach, znaleźć można wiele udanych przykładów połączenia, starej i nowej architektury.

Będąc w starej dzielnicy francuskiej koniecznie trzeba odwiedzić Tianzifang czyli artystyczną dzielnicę Szanghaju. W przeciwieństwie do bardziej znanego obszaru Xintiandi, Tianzifang zachował oryginalny charakter, ponieważ nie został w ostatnich latach zbyt mocno zrekonstruowany. Starając się powstrzymać przebudowę, w połowie ubiegłej dekady artyści, właściciele firm i mieszkańcy okolicy połączyli się, dążąc do zachowania oryginalnej architektury. To tu możemy podziwiać stare budynki mieszkalne o nazwie “shikumen”, dosłownie “kamienne drzwi”, które charakteryzują się kamienną framugą i solidnymi drzwiami.

Rok 1998 był rokiem przełomowym w historii Tianzifang. Chen Yifei, jeden z najbardziej znanych chińskich artystów współczesnych, przejął dwa opuszczone budynki fabryczne przy Taikang Road, i zamienił je w studia malarstwa olejnego, rzeźby, mody i fotografii.
Choć wciąż jest to chińska dzielnica mieszkaniowa, stała się sławna dzięki sklepom z rękodziełem, galeriom sztuki, butikom, restauracjom, kawiarniom i herbaciarniom. Tysiące Chińczyków nadal mieszka w apartamentach nad sklepami.
To właśnie w tej dzielnicy zatrzymujemy się na degustację herbaty. Ceremonię parzenia herbaty pokazuje nam właściciel sklepiku o nazwie Yanle Chaji, który 4 lata uczył się tej sztuki w Japonii. Choć nie jest to totalna nowość, to jest to bardzo ciekawe doświadczenie, warto uczestniczyć w takim rytuale. Herbaty o różnej fermentacji, wielokrotne parzenie tych samych liści, to jest diametralnie różne niż nasz sposób picia tego napoju. Pokaz parzenia jest darmowy, ale i tak większość z nas wyjdzie ze sklepu choć z małą „paczuszką” herbaty.


Dzięki Kordianowi mamy jeszcze możliwość popatrzenia na koncesję francuską z góry. Wjeżdżamy windą na prawie ostatnie pięto wieżowca i przed nami takie oto widoki.


Dzień kończymy w restauracji Quanjude na kaczce po pekińsku, popijanej ryżowym winem koreańskim. Wino polecił nam Kordian (bo niby skąd byśmy wiedzieli), a obsługa restauracji pozwoliła nam polewać własny napój. Wino jest koloru mleka, a smak przypomina trochę kwas chlebowy, jeśli chodzi o procenty to zbliżone do piwa. Na koniec obowiązkowy deser, na który zamawiamy całkiem niczego sobie, złote ciasteczka.

Będąc w Szanghaju, doświadczyliśmy rzeczy, której po wcześniejszym, bezproblemowym pobycie w Pekinie nie spodziewaliśmy się. Dopadła nas „alergia”, zaczęło się od mniej wytrwałych, ale ostatecznie kichanie i łzawiące oczy dopadły nas wszystkich (w mniejszym lub większym stopniu), łącznie z Kordianem mieszkającym tu na stałe. Oj przydałyby się maseczki, chociaż w tym ciepłym, wilgotnym powietrzu oddychanie przy ich pomocy to wcale nie jest super sprawa. Do tej pory nie wiemy co było powodem naszej reakcji, może pylenie drzew, a może coś innego, najważniejsze, że dało się z tym wytrzymać.

Podróż, maj 2018.
