Hongkong to miasto popularne nie mniej niż Londyn, Nowy Jork czy Singapur. Urok miasta to jego różnorodność. Między nowoczesnymi, futurystycznymi wieżowcami kryją się buddyjskie świątynie i uliczne targowiska.

Hongkong to była kolonia brytyjska zwrócona w 1997 roku Chińskiej Republice Ludowej. Obecnie nad Hongkongiem powiewa flaga Specjalnego Regionu Administracyjnego. Koncepcja jeden kraj – dwa systemy gwarantuje całkowitą autonomię przez 50 lat od zmiany władzy.
Chińczycy stanowią 98% populacji Hongkongu (ponad 7 milionów). Większość z nich pochodzi z prowincji Guangdong, sąsiadującej z Hongkongiem. Gdy w latach 40. XIX wieku przybyli do Hongkongu Brytyjczycy, mieszkańcy kontynentalnych Chin szukali tu lepszego życia, uciekając przed skrajnym ubóstwem. Tak jak i w Stanach Zjednoczonych historie w stylu od zera do milionera nie są tu niczym dziwnym.
Mimo przewagi Chińczyków jest to miasto kosmopolityczne. W odróżnieniu od innych azjatyckich miast w Hongkongu Wschód z Zachodem nie zwalczają się, kultura zachodnia nie jest postrzegana jako zagrożenie dla tradycji. Zachodni biznesmeni korzystają ze wskazówek specjalisty feng shui, a Chińczycy składają ofiarę w świątyni w intencji wzrostu akcji giełdowych.

Sztuka feng shui to poważna sprawa w Hongkongu, wykorzystywana jest do zgodności budynków ze środowiskiem naturalnym, w tym gór, morza i nieba. Właściwe ścieżki przepływu są uważane za wyjątkowo ważne składniki dobrego miejskiego feng shui. Przyglądając się panoramie Hongkongu łatwo można zauważyć ogromne dziury w środku wysokich wieżowców, które wydają się nielogiczne i wręcz zbędne. Co jest powodem tego niezwykłego architektonicznego wyboru? Smoki.
“Bramy smoków” są zaprojektowane tak, by te mityczne latające bestie, każdego dnia opuszczały swoje domy na wzgórzach aż do wody, a następnie wracały każdej nocy.



Hongkongu jest tak wielu profesjonalnych praktyków feng shui, jak księgowych lub prawników.
Praktyką Feng Shui kieruje się w prawie każdym nowym domu. Nawet ogromne projekty architektoniczne i inżynieryjne są w dużej mierze podyktowane przez tę praktykę. Architekci, również sławni, ignorują feng shui na własne ryzyko. A oto przykład prosto z życia. Budynek Bank of China Tower został skrytykowany za to, że nie zatrudnił specjalistów feng shui przy opracowywaniu projektu. Zaniepokojeni eksperci dostrzegli kątowy kształt jako “cięcie” fortuny sąsiednich budynków.
No i niestety, feng shui drapacza chmur został od tego czasu obwiniony za to, że sąsiednie firmy doświadczają problemów w biznesie i innych nieszczęściach. Wiele z powierzchni biurowych budynku pozostało pustych do dziś.
Sąsiedni budynek HSBC musi zmagać się z energiami jego „nieuczciwego” sąsiada. Dźwigi konserwacyjne, które wyglądają jak działa, zostały zamontowane na jego szczycie, aby zmieniać kierunek złej energii. Są one skierowane bezpośrednio na strukturę Bank of China.

Niektórzy odbierają to wszystko jako przesąd, wydaje mi się, że trzeba do tego podejść w kontekście duchowym i filozoficznym, a w zasadzie jak do kwestii kulturowej.
Hongkong jest doskonale skomunikowany: metro, piętrowe autobusy i tramwaje, taksówki (trochę wiekowe, czerwone Toyoty) i promy, dzięki temu poruszamy się bez żadnego problemu.



Metro to 10 linii liczących prawie 212 km. Na stacjach znajdują się tablice z największymi atrakcjami turystycznymi oznakowanymi literą wyjścia. To kapitalna sprawa szczególnie dla turystów, przy tak dużych przestrzennie stacjach jak w Hongkongu.

Przy transporcie miejskim idealną sprawą jest karta Octopus, którą my kupiliśmy na lotnisku. To jest must have przy zwiedzaniu miasta. Kartą Octopus płacimy za metro, kolejkę na Victoria Pick, bilet na wyścigi konne, autobus na wyspie Lantau i wiele innych wejść.
W Hongkongu ruch pieszy jest duży, w niektórych miejscach określiłabym go jako ogromny. Budowle są czasami tak zaprojektowane, że nie wiadomo czy jesteśmy w metrze, na ulicy, czy w galerii handlowej. Często spotykamy zabudowane kładki dla pieszych, bardzo pomocne przy sporym ruchu samochodowym i w porze deszczowej. Jak zawsze w krajach azjatyckich podziwiam kolejki do autobusów, nikt się nie przepycha, każdy stoi spokojnie, czeka na swoją kolej.

Pewnie większość z Was wie, że Hongkong to raj dla miłośników jedzenia. Jest tu sporo restauracji z gwiazdkami Michelina i to wcale nie najdroższych. Niestety Hongkong to nie jest tanie miejsce i generalnie żywienie tu jest dosyć drogie, choć można znaleźć bez większego kłopotu miejsca z przyzwoitymi cenami. Przed podróżą jak zwykle przeczytałam szereg wpisów na blogach, gdzie zjeść, co zjeść i jak. Jak zwykle z części nie skorzystałam, bo na przykład w danym miejscu nie byliśmy w porze obiadowej lub wcale nie było tak super jak we wpisie. Każdy ma swój smak, a i restauracje nie zawsze trzymają ten sam poziom.

Żaden przewodnik po Hongkongu nie będzie kompletny bez chociażby wzmianki o Lei Garden. Elegancka, bezpretensjonalna, wyróżniona gwiazdkami Michelin, niedroga i zawsze spójna, to restauracja, do której chodzi się na prawdziwe kantońskie jedzenie. Najpopularniejsza stołówka mieszkańców centrum i magnes na lokalnych celebrytów, Lei Garden jest sławna z jakości swoich dim sum, wyboru zdrowych zup, świeżych owoców morza i współczesnych dań.
Przylatujemy do Hongkongu późnym popołudniem, więc zaraz po zameldowaniu w hotelu szukamy miejsca, aby coś zjeść. Restaurację Lei Garden mamy o przysłowiowy rzut beretem. Bez większego zastanowienia (skoro jest w niej tak smacznie i niedrogo) ruszamy tam na sławne dim sumy. Pierwsze rozczarowanie, o tej porze dim sumów już nie ma, drugie rozczarowanie, brak kolejnego dania z karty, które chcemy zamówić. Rezygnujemy więc z tej eleganckiej i bezpretensjonalnej restauracji, muszę dodać, że za herbatę, którą nam podali nie chcieli zapłaty.
Tego wieczora jemy zupę z wkładką, w barze przy Canal Rd, jest smacznie, niedrogo i również blisko hotelu. Generalnie przy tej ulicy i równoległej jest knajpka przy knajpce lub stoiska na ulicy, z chińskim jedzeniem. Tam też znajduje się nasz bazar owocowy, z którego korzystamy podczas pobytu w Hongkongu.

Ponieważ dim sumy to pozycja obowiązkowa, jemy je po raz pierwszy w restauracji Din Tai Fung, która szczyci się jedną gwiazdką Michelina. Kolejka spora, ale zarządzana bardzo sprawnie. Zgłaszamy się do recepcji, mówimy ilu osobowy stolik, dostajemy numerek i czekamy aż się wyświetli. Czekania na około pół godziny, restauracja bardzo duża, więc i rotacja gości spora. Czytałam, że do dim sumów dają różne sosy, a obsługa podpowiada, który do jakiego dim suma. Tu niestety tylko sos sojowy i tak naprawdę nie do końca dobrze tę potrawę jedliśmy.

Dopiero podczas kolejnej odsłony dim sumów (równie smacznych), w restauracji przy ulicy Tang Lung (nie tak wystawnej) siedzący obok Azjaci mówią nam jak jeść tę potrawę. A to takie bardzo proste, wkładamy imbir do sosu sojowego i dopiero w tym maczamy.
Na tę uliczkę wrócimy jeszcze nie raz, z dwóch powodów. Mamy do niej 4 minuty piechotką z hotelu i jest to zagłębie różnorodnych restauracji, z zachodnim i wschodnim jedzeniem, łącznie z włoską kuchnią Jamiego Olivera.


Koło hotelu mamy też niesamowite, malutkie sklepiki spożywcze, które mają szerokość lodówki. Ceny w nich niższe niż w sieciówce 7Eleven.

Wychodząc z hotelu uwielbiam podnieść głowę go góry i podziwiać budynek na przeciwko, jest to niesamowite wrażenie.

Co jeszcze przyciąga moją uwagę w tej Specjalnej Strefie Administracyjnej, otóż wszechobecne na całym świecie graffiti. Nie mogłam się oprzeć, żeby nie zrobić parę zdjęć tej sztuki ulicznej.




Podobnie jak w Pekinie czy Szanghaju mieszkanki Hongkongu potrafią zadziwić niebanalnym strojem i nie są to tylko dzieła znanych projektantów z ogromnego natłoku luksusowych sklepów, które spotykamy na każdym kroku, czy to w Central, czy na Causeway Bay, czy na Tsim Sha Tsui. Ceny markowych rzeczy takie same jak na całym świecie, to na pewno nie jest już miejsce, gdzie można super korzystnie kupić elektronikę, czy inne luksusowe dobra.


Obok luksusu, toczy się przeciętne lub po prostu biedne życie. Rodzina czteroosobowa, w której pracują wszyscy członkowie, aby kupić mieszkanie musi pracować 20 lat. Metraż mieszkania nie zwala z nóg, tu po prostu ceny są jednymi z najdroższych na świecie. Tych co nie stać na kupno mieszkania, wynajmują tzw. półki o wymiarach ok. 1,80 x 1,80 m, stołują się na mieście i to wcale nie jest wesołe życie.

W niedzielny ranek w drodze na przystań widzimy kobiety rozkładające kartony pod wiaduktem, na których siadają i prowadzą rozmowy. Są to sprzątaczki lub pomoce domowe, które często w ciągu tygodnia nocują w kuchni na podłodze. Ponieważ niedziela jest dniem wolnym, muszą opuścić miejsce pracy. Spędzają więc ten dzień w swoim gronie właśnie na kartonach pod wiaduktem i będzie ich naprawdę sporo.
Na koniec tego wpisu parę słów o masażu. Salonów masażu jest w Hongkongu bez liku, czynnych 24 godziny na dobę. Skusiliśmy się jednego popołudnia na taki luksus, w salonie niedaleko hotelu. Ja byłam bardzo zawiedziona, wykonanie bez rewelacji, wystrój mocno średni, cena taka sobie tzn. ok. 350 HKD. Korzystaliśmy w Tajlandii z masaży tajskich i to było coś wspaniałego niezależnie od zamożności salonu, a cena bardziej niż korzystna.
Hongkong to zdecydowanie przyjemne i czyste miasto. Pomimo bardzo dużego przepływu ludności każdego dnia, prosperuje znakomicie. Wieczorem błyszczy imponującymi bardzo widowiskowymi reklamami, a jej panorama jest rozpoznawalna na całym świecie. Zostaje nam tylko chłonąć to miasto wszystkimi zmysłami.


Podróż, listopad 2018.

One Response
Kto wie, może kiedyś odwiedzimy 🙂 wpis zachęca ☺️