Zanim o Bagan, to parę słów o podróży autobusem. Jak dla kogoś za długo, proszę przeskoczyć do konkretów o świątyniach Baganu.
Podróż z Mandalay do Bagan odbywamy autobusem. Rozpatrywaliśmy jeszcze pociąg, ale jest tylko nocny i statek, którym podróż trwa ok. 10 godzin. Decydujemy się na autobus, bo czas przejazdu to ok. 4 godziny i jeszcze z tej formy przemieszczania się nie korzystaliśmy. Bilety kupiliśmy w informacji turystycznej na Kolejowym Dworcu Głównym w cenie 10000 kyatów/osobę. Pod hotel ma podjechać autobus lub inny pojazd, który zabierze nas na Dworzec Autobusowy. Podjechał dwurzędowiec, który kluczył po Mandalay i zbierał turystów. Dworzec Autobusowy w Mandalay to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Pomijam błoto, bo to nic dziwnego skoro jest to ogromny, nieutwardzony teren, ale ilość pojazdów i sposób w jaki udaje im się uniknąć stłuczki jest godny uznania. W autobusie znajdują się tylko turyści, na wstępie dostajemy po butelce wody i ruszamy w trasę. Mamy cztery przystanki. Pierwszy na przedmieściach Mandalay, żeby zabrać na okazję (ale chyba planowaną) parę Birmańczyków, którzy podróżują na stołeczkach ustawionych pomiędzy siedzeniami. Drugi przystanek to awaria autobusu (coś z silnikiem), która zdarzyła się chyba nie pierwszy raz, bo po krótkiej chwili, przy użyciu podstawowych narzędzi udało się ją na czas naszej podróży usunąć. Trzeci przystanek spowodowany problemami żołądkowymi turystów. Podczas dojazdu dwurzędowcem na dworzec, poratowaliśmy młodego Holendra, który również miał podobne problemy. W pierwszej chwili myśleliśmy, że po prostu długo balował, bo wyglądał mocno nieszczególnie (co też nie byłoby niczym dziwnym). Od jego współtowarzyszy dowiedzieliśmy się, że zaszkodziło mu jakieś jedzenie. Poczęstowaliśmy go Stoperanem. Zanim przyjęli, pytali się co to jest i oglądali listek z tabletkami. Uspokoiła ich część nazwy tzn. Stop. Stwierdzili, że z napisu tylko to rozumieją. Lek był skuteczny, bo chociaż zmęczony, to jasnowłosy Holender dojechał do celu podróży już bez sensacji.

Czwarty przystanek, to była planowana przerwa na posiłek i toaletę. To właśnie podczas pobytu w tej przydrożnej restauracji zostajemy nauczeni przez turystę z naszego autobusu, który widział nasze próby przywołania kelnera, że reaguję oni na cmoknięcie. Już do końca pobytu w Birmie korzystaliśmy z tej formy komunikacji z kelnerami.
Po dojechaniu do Bagan, również rozwieziono nas samochodami do hoteli. Podróż autobusem okazała się niemęcząca i niezbyt długa.
Nocujemy w Nyaung U (oddalony ok. 6 km od Starego Baganu) w hotelu Six Stars Guest House. Pierwsze kroki po przyjeździe kierujemy do Shwezigon Pagoda, mamy do niej parę minut na piechotę. Po drodze tuż przy świątyni podziwiamy ogromne ilości ceramicznych donic. Shwezigon Pagoda jest jedną z najstarszych i najbardziej imponujących zabytków Baganu. Powstała w 1090 roku, a jej konstrukcja była kopiowana wiele razy w całej Birmie. Shwezigon została uszkodzona przez kilka trzęsień ziemi, w tym również przez największe w 1975. Ponieważ zbliża się zachód, możemy oglądać oświetloną słońcem i dodatkowo reflektorami Pagodę, które wygląda w tym świetle naprawdę mistycznie.


Po powrocie do hotelu, wybieramy się do najbliżej położonej restauracji, usytuowana tuż obok hotelu, po drugiej stronie ulicy. Wracając ze świątyni główną ulicą, widzimy restaurację przy restauracji jest ich naprawdę dużo.
Następnego dnia, za pośrednictwem hotelu wynajmujemy dwuosobowe, elektryczne skuterki i przy ich pomocy przemieszczamy się po Starym Baganie od jednej świątyni do drugiej. Czytałam o zwiedzaniu dorożkami, rowerem lub pieszo, wydaje mi się, że skuterki są najfajniejszą formą. Nie ma problemu z zostawieniem ich i zwiedzaniem świątyń, nie mieliśmy żadnej niemiłej przygody. Przy tych największych, najbardziej znanych jest sporo turystów, ale ponieważ do dziś w Baganie zachowało się około 2 tysięcy (z 5 tysięcy) świątyń rozrzuconych na znacznym obszarze, dla tych co chcą w spokoju kontemplować architekturę i krajobrazy znajdzie się niejedno miejsce.
Rozkwit Baganu przypadł na okres od XI do XIII wieku, kiedy to miasto było stolicą państwa o wielkości obecnego Myanmaru. Z tamtego okresu pochodzi większość jego historycznych budowli. W 1287 roku miasto zdobyli i spustoszyli Mongołowie.

Nasz pierwszy przystanek to Htilominlo Temple, duża świątynia została zbudowana przez króla Nantaungmya w 1218. Wewnątrz 46-metrowej świątyni, znajdują się cztery posągi Buddy na dolnych i górnych piętrach, ponadto widoczne są ślady dawnych malowideł, fragmenty oryginalnych drobnych rzeźb gipsowych i dekoracji z piaskowca. Wokół świątyni kramiki z rękodziełem są często wzbogacone artystami tworzącymi np. obrazy malowane piaskiem (sand painting), czy warsztaty tkackie. Zanim dotrzemy do Anandy, zatrzymamy się jeszcze w dwóch pagodach, w jednej średniej wielkości ceglanej i dosyć zniszczonej drewniano murowanej.


Stojąca najbliżej bramy starego miasta, bogato zdobiona świątynia Ananda powstała w 1105 roku. Wewnątrz niej znajduje się korytarz prowadzący po obwodzie budowli, wzdłuż którego rozmieszczone są posągi Buddy. Oprócz małych i średniej wielkości posągów, w świątyni znajdują się cztery imponujące postacie Buddy, patrzące w cztery strony świata. Każdy z wielkich, stojących posągów ma 9,5 metra wysokości, ale różnią się one między sobą ułożeniem rąk.
W niedalekiej odległości od Anandy znajduje się Thatbyinnyu Temple, zbudowana przez króla Alaungsithu (1113-1163). Charakterystyczną cechą Thatbyinnyui jest fakt, że główny Budda nie stoi w głównym holu wejściowym na parterze, jak to jest w przypadku innych wielkich świątyń w Bagan. Znajduje się w górnej części świątyni, ale podczas naszego pobytu wstęp na wyższy poziom był niedostępny.

Zanim dojedziemy do kolejnej dużej świątyni Shwesandaw, zatrzymamy się po drodze w niedużych, ale klimatycznych pagodach, które można zwiedzać bez udziału innych turystów. Shwe-san-daw została zbudowana w 1057 roku. Według podań przechowywano w niej ząb oraz kość czołową Buddy. Shwesandaw jako jedyna w całej okolicy nie została zbudowana z cegły, lecz z trudno dostępnego w tym regionie piaskowca. Ponieważ na świątynię można się wspinać, wchodzimy aby podziwiać widoki i rozmyślać o potędze jaką był Bagan.
Po zejściu na dół otaczają nas sprzedawcy widokówek, są trochę mączący, ale myślę, że jakbyśmy nie kontynuowali rozmowy, to i nagabywanie szybko by się skończyło.
Ponieważ to nasze zwiedzanie już trochę trwa, czujemy głód, cofamy się więc w stronę Starego Baganu i zatrzymujemy na posiłek w Nanda Restaurant. Spora restauracja, w niej zarówno Birmańczycy jak i turyści. Jedzenie smaczne, obsługa miła, nic więcej nie trzeba.

Posileni, wyruszamy na dalsze podziwianie świątyń. Jedziemy w kierunku Nowego Baganu i skręcamy w losowo wybraną drogę gruntową, trochę kręcimy się miedzy małymi pagodami, zatrzymujemy się przy ciekawie wyglądającej drewnianej budowli, aby w końcu dotrzeć do oryginalnej Shinpin Oaktoma Pagoda, gdzie jest sporo miejscowych pielgrzymów. Kontynuując kierunek Nowy Bagan zatrzymujemy się jeszcze w Naga Yon Temple, której założycielem pod koniec XI wieku był książę Kyanzittha. Świątynia ucierpiała podczas trzęsień ziemi, dokonano w niej paru napraw w tym iglicy w 1975 roku. Świątynia posiada kilka bardzo starych fresków, niestety one też wymagają renowacji.


Po tych kilku ładnych godzinach zwiedzania, czujemy się usatysfakcjonowani i postanawiamy wrócić do hotelu. Przed zmrokiem udajemy się jeszcze na spacer po wiosce, oglądamy bambusowe domki, podwórka, sklepiki miedzy innymi z produkcją betelu (więcej o betelu we wpisie Birmańczycy).

Zwiedzanie Baganu elektrycznymi skuterkami okazało się bardzo wygodne, ilość większych czy mniejszych świątyń robi wrażenie. My odwiedziliśmy tylko ich ułamek, ale poczuliśmy wielkość tego miejsca, nie dziwi, że został umieszczony na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Mieliśmy miej więcej przygotowane co chcemy zobaczyć, ale i tak zrobiliśmy to trochę na żywioł. Dużych świątyń nie sposób pominąć, większość widać z głównej drogi. W głąb zapuszczaliśmy się na ile pozwoliła droga. Głębokie błoto powodowało, że tak jak i inni zawracaliśmy. Takie zapuszczenie się w gruntowe drogi, w kierunku nieznanych pagód jest najfajniejsze, to nic, że nie zobaczymy jakieś, którą inny podróżnik zachwalał, zobaczyliśmy za to inną równie fascynującą, o której nic nie czytaliśmy.
Podróż, listopad 2016.
