Za 40000 kyatów wynajmujemy taksówkę dla 6 osób (oczywiście przy pomocy pracowników hotelu) i ruszamy na zwiedzanie trzech stolic. Zanim wyjedziemy z Mandalay kierowca zatrzymuje się przy Mahamuni Paya (Maha Myat Muni Paya). Do serca świątyni dochodzimy (a jakże by inaczej) korytarzem wypełnionym sprzedawcami i ich kramikami. Świątynia jest jedną z ciekawszych jakie zobaczyliśmy do tej pory. Przed oblicze Buddy przybywają pielgrzymi z całej Birmy, jak i całego świata buddyjskiego, aby oddać pokłon u jego stóp i pozostawić płatki złota na ciele. Codziennie o 04:00, miejscowi mnisi myją twarz i szczotkują zęby posągu, aby był przygotowany na nadchodzący dzień, na przyjęcie gości. Płatki złota nie są umieszczone na głowie, więc twarz Buddy jest gładka, nieskazitelna i wygląda osobliwie w odniesieniu do reszty ciała. Szacuje się, że do oryginału zostały dodane dwie tony złota. Miejscowi mówią, że bez względu na to, ile dodatkowych płatków złota zostanie dodanych do posągu, proporcje figury pozostaną zawsze atrakcyjne. Jak pisałam we wcześniejszych wpisach, tylko mężczyźni mogą podchodzić w pobliże Buddy. Kobiety, które chcą dodać płatki złota do posągu muszą przekazać je za pośrednictwem męskiego asystenta. Kobiety i turyści mogą oglądać mężczyzn przyklejających płatki na żywo i na ekranach umieszczonych w okolicznych korytarzach.
Kolejne atrakcje w drodze do Amarapura to warsztaty, zwiedzamy warsztat kamieniarski, tkacki, rzeźbiarski gdzie powstają też marionetki i tapiseria. Tapiseria to tradycyjna, birmańska technika haftowania, polegająca na wyszywaniu złotą i srebrną nicią misternych wzorów, a nawet całych scen. Powstałe w ten sposób gobeliny zdobią ściany, ale są także wykorzystywane do strojów. Mandalay jest najważniejszym ośrodkiem powstawania tego rzemiosła.

Pierwsze kroki po przybyciu do Amarapury (do 1823 rezydencja królewska i stolica kraju) kierujemy na most U-Bein. U-Bein to najdłuższy na świecie most (1200 m), całkowicie wykonany z drewna tekowego. Most od 200 lat wykorzystywany jest wyłącznie przez pieszych. Po upadku Paganu, każdy z kolejnych władców zaczynał swe panowanie od przenosin stolicy, wraz z nim wędrował jego dwór oraz pałac. Kiedy zdecydowano o budowie stolicy w Mandalay, jeden z wysokich urzędników zdecydował, by z rozebranego pałacu zrobić most nazwany jego imieniem.

Turystów przyciągają wschody i zachody słońca, kiedy to most prezentuje się wyjątkowo. Nam nie starczyło czasu na powrót o odpowiedniej porze dnia, ale i tak poczuliśmy niezwykłość tego miejsca.

Podziwianie mostu i życia wokół niego zakończyliśmy przed 10.30, aby zdążyć do sporych rozmiarów Monastyru Maha Ganayon Kyaung, na kolejne „widowisko”. Właśnie tam ok 10.30 rano, kilkuset ubranych w purpurę mnichów spożywa posiłek. Zanim zasiądą za stołem, milczący, bosi mnisi, każdy z miską, powoli przesuwają się w dwóch rzędach do przodu, czekając na swoją kolej.

Miejsce jest mocno turystyczne, ale czytając o tym przed wyjazdem, nastawiłam się, że nie będę mogła nic zobaczyć taki będzie tłok. Nie było tragicznie, bez problemu stanęłam w pierwszym rzędzie, a byliśmy z piętnaście minut przed czasem. Z turystami chińskimi czy japońskimi też nie było tragedii, nie wyskakiwali mnichom przed samą twarz, chociaż zdarzało się, że trochę przesadzali, ale to naprawdę sporadycznie. Panie Azjatki zajęły sobie miejsce w szczycie alejki i czekały na mnichów, aby zrobić jak najlepsze zdjęcie.

Pomimo sporej ilości turystów, widok kilkuset przesuwających się powoli mnichów robi wrażenie. Może wpływ na wyrozumiałość mnichów mają datki pieniężne, które turyści kładą na niesione przez nich miski.

Opuszczamy Amarapurę i kierujemy się w stronę kolejnej stolicy tj. Sikongu (ang. Sagaing). Po drodze zatrzymujemy się na punkcie widokowym nad rzeką przy moście Aveyarwady, skąd można oglądnąć panoramę leżącego na przeciwnym brzegu Sikongu z błyszczącymi, złotymi kopułami świątyń (założonej w okolicach 1315 roku stolicy niepodległego królestwa Sikongu). Zanim dotrzemy krętymi, wspinającymi się w górę drogami do świątyni, zatrzymujemy się w Aung Myae Oo czyli w szkole dla biednych dzieci i sierot w Sagaing Hill, położonej przy Punnyashin Road w dzielnicy Thawtapan. Szkoła została założona w 2003 roku przez buddyjskiego mnicha Ven Wilasa. Od tego czasu stale się rozwija. W pierwszym roku, do szkoły uczęszczało 31 dzieci, a w 2014 było ich ponad 2350. Dzieci zakwaterowane są albo w kampusie szkolnym, albo w okolicznych klasztorach. Zdecydowana większość to młodzi nowicjusze i mniszki, którzy są kształceni według buddyjskich tradycji i wartości. Czesne jest bezpłatne dla wszystkich uczniów. Szkoła jest w całości finansowana przez darowizny.

Swoją działalność rozpoczęła od nauczania podstawowego, z czasem poszerzyła ją o szkołę średnią i wyższą. Co ciekawe, głównym celem szkoły nie jest tylko nowoczesne wykształcenie, ale także przekazanie dzieciom odpowiedniej edukacji moralnej.

My jako turyści mogliśmy chodzić po terenie szkolnego kampusu. Zaglądanie do klas i robienie zdjęć nie przeszkadzało ani nauczycielom, ani uczniom, zajęci byli lekcją. Zrobiłam więc filmik i przesłałam siostrze, która uczy historii. Pokazała swoim uczniom, aby między innymi uświadomić im jak dzieci skupione są na nauce, a nie na tym co się dzieje naokoło.

Pierwsza odwiedzona przez nas w Sagaing świątynia z nietypowym układem to Oo Hmin Thone Sel Pagoda. Zbudowana jest kształcie dużego półksiężyca. Będąc w środku można poczuć się jak w długiej, płytkiej jaskini wyrytej w zboczu góry. Na podłodze ułożone są płytki w geometryczne wzory, a na ścianach odblaskowe kafelki. Główną atrakcją jest rząd prawie 50 posągów Buddy, które usytuowane są wzdłuż wygiętej w łuk ściany. Patrząc na nie, nie widzimy ich końca. Pod świątynię można podjechać samochodem, tak więc nie trzeba wysiłku, żeby do niej dotrzeć. Zanim ruszymy dalej, jeszcze tylko spoglądamy w dół wzgórza i podziwiamy złoto-białe stupy wyłaniające się z drzew.
Kolejny przystanek to Soon u Ponya Skin Pagoda, jedna z najstarszych i najbogatszych z wielu pagód w Sagaing. Została ona zbudowana w 1312 roku przez ministra Pon Nya, na cześć którego ma nazwę. W głównej sali modlitewnej znajduje się gigantyczna statua Gautama Buddha, niezwykle wesoły w bogato zdobionym otoczeniu patrzy na przybyłych pielgrzymów. Nad posągiem Buddy góruje tylko stojąca obok wieża, obecnie w remoncie. Podczas pobytu podziwiamy nie tylko, rozległe patio pokryte kolorowymi płytkami i wspaniałe widoki na rzekę Ayeyarwady i okoliczne wzgórza, ale także bambusowe rusztowania i bambusowe drabiny.
Przed wyruszeniem w kierunku trzeciej stolicy Inwy, prosimy naszego kierowcę o przystanek na krótki odpoczynek, no i przede wszystkim posiłek. Wybraną przez niego restaurację zdecydowanie polecam. Minn Wun Volley położona jest w dzielnicy willowej. Jemy na wolnym powietrzu, posiłek smaczny, obsługa bardzo miła.
Jeszcze zanim dotrzemy do przystani, aby przeprawić się na drugą stronę rzeki, do Inwy, widzimy bambusowe domki na pasie zieleni drogi dwupasmowej, którą jedziemy. Ludzie prowadzą tam normalne życie. Jest to ogromny kontrast to widzianych w Mandalay luksusowych salonów samochodowych i ogromnych bilbordów reklamowych.
Jak pisałam, aby dostać się do Inwy (zwanej też Ava), która czterokrotnie była stolicą Birmy, trzeba przeprawić się łódką przez rzekę Irawadi (1200 kyatów/osobę), a potem wynająć dorożkę ciągniętą przez muło-konika (5000 kyatów/osobę). Czytałam, że można zwiedzać też na rowerze, że mniej trzęsie. My mieliśmy w planach dorożkę jako swego rodzaju atrakcję. Na miejscu okazało się, że dorożka to jedyne rozsądne wyjście, przy padającym deszczu i ogromnym błocie. Tam nie ma piaszczystego gruntu, który pozwoliłby żeby woda wsiąkła.

Po czasach świetności Inwy zostało niewiele, dziś to przede wszystkim spokojna wioska, w której do zobaczenia jest kilka świątyń. A więc ruszamy, podziwiając po drodze pola ryżowe i zwierzęta domowe. Pierwszy klasztor, który odwiedzamy to Bagaya Kyaung. Niewielki, ale naprawdę ładny. Zbudowany w roku 1834 z drewna tekowego. Ustawiony na 276 palach, ma drzwi i ściany pokryte mnóstwem rzeźb i płaskorzeźb i wielką salę główną wspartą na wysokich słupach.
Kolejny postój to Yadana Hsemee Pagoda, pomimo sporych zniszczeń zachowała swój klimat, dzięki otoczeniu i temu co udało się ocalić. Niektóre pagody oglądamy tylko z zewnątrz, chłonąc ich położenie w sielskiej, wiejskiej okolicy. Ostatni punkt zwiedzania to wieża obserwacyjna Nanmyin. Zbudowana w 1822 roku, ma prawie 30 m wysokości i jest jedynym murowanym budynkiem, który pozostał z Pałacu Bagyidaw. Po trzęsieniu ziemi w 1838, została odbudowana, ale znowu wymaga pilnej interwencji. Podczas jazdy widzimy jeszcze w oddali remontowaną, opatuloną bambusowymi rusztowaniami Nogatataphu paya.

Kończąc opis o zwiedzaniu Irwy muszę potwierdzić opinie innych blogerów, że dziewczyny handlujące koralikami, figurkami i wszystkim co można sprzedać turystom są tu szczególnie namolne.
Zanim wrócimy do hotelu nasz kierowca zwiezie nas na targ rybny, gdzie wszystko pachnie rybną świeżością. Zobaczcie sami na zdjęciach, warto było tam zajechać, a wg kierowcy jest to dzielnica, gdzie po zmroku nie warto zaglądać.

To był bardzo bogaty i interesująco spędzony kolejny dzień w Birmie.
Podróż, listopad 2016.
