Francja

Barką po Canale du Midi

O tym żeby spędzić chociaż tydzień na barce w Langwedocji, a konkretnie na Canale du Midi marzyłam od pewnego czasu, w końcu budowle hydrotechniczne to mój zawód. Patrzyłam na zdjęcia z platanami, winnicami, śluzami, średniowiecznymi miasteczkami, ludźmi na pokładach barki lub jadącymi rowerami wzdłuż kanału, a marzenia rosły i rosły… Na początku 2013 roku zapadła decyzja, wyruszamy do Francji we wrześniu. Ponieważ było trochę chętnych na tę przygodę, wynajęliśmy największą barkę o długości 15 m, na 12 osób (5 kabin z łazieneczkami i salon) i 6 rowerów. Wszystkie formalności związane z wynajęciem dokonujemy przy pomocy Azymut Czarter z Warszawy. Ceny są takie same, niezależnie czy wynajmujemy bezpośrednio we Francji, czy przy pomocy polskiego pośrednika. Na początku od razu uwaga, umowę podpisaliśmy w marcu i już w marcu okazało się, że nie możemy wybrać każdej trasy, ponieważ jest to kanał i liczba barek jest ograniczana. Płynęliśmy więc z portu Agde i do tego samego portu wróciliśmy, co w ogóle nam nie przeszkadzało. Jeśli jednak nie chcemy wracać do tego samego portu, lub wybrać konkretny odcinek musimy zamówić barkę i trasę płynięcia odpowiednio wcześniej.

Zakwaterowanie na barce, krótkie szkolenie i w drogę

Do Agde docieramy samochodami z jednym postojem na noc. Samochody zostawiamy na parkingu portowym, kwaterujemy się na barce, dostajemy przewodnik (w 3 językach: angielski, francuski, niemiecki) z dokładnym opisem całego kanału: śluzy, akwedukty, tunele, mariny, miejscowości itd. Do kierowania barką nie trzeba żadnych uprawnień, pól godziny trwa szkolenie, krótka „jazda próbna” i wyruszamy. Nie, nie wyruszamy, pierwszy nocleg mamy w porcie w Agde. Pada deszcz, jest dosyć późno, ciemno, nie ma sensu wypływać tuż za port. Ponieważ łazienki na barce to maleńkie klitki, prysznic wolimy brać w portowych „punktach czystości” jest po prostu wygodniej.

Manewry barką nie są  trudne, ale barki mają sporą bezwładność. Nasza jest najdłuższa, więc trzeba tę bezwładność sobie uświadomić. Okazało się, że nasz szef wyprowadza nas z portu jakby pływał barką przez całe życie i tak już przy manewrach będzie do końca. Parkowanie w porcie (niezależnie przodem, czy tyłem) często kończy się oklaskami sąsiednich załóg, kiedy udaje nam się stanąć między barkami na tzw. „lusterka”. Wpływanie do śluzy też może być na początku problemem, tym bardziej gdy nie śluzujemy się sami, tylko musimy zrobić miejsce dla innych barek. Przeważnie w śluzie mieszczą się dwa, trzy statki.  Na zewnątrz muszą wyskoczyć panowie, przyczepić liny, potem je popuszczać, w miarę jak barka obniża się wraz z opuszczaniem się zwierciadła wody w śluzie, lub ściągać cumy w miarę jak barka idzie do góry w napełniającej się śluzie. Warto więc mieć z sobą rękawice, gdyż bywa, że przesuwająca się lina otrze dłoń. Dla mało wprawnych dodatkowym stresem mogą być obserwatorzy i ci na brzegu, i ci na innych barkach, którzy patrzą jak sobie radzimy z manewrami. W głębokich śluzach na ścianach umieszczone są specjalne rurki do cumowania, tak że nie ma potrzeby wyrzucenia cum z dołu śluzy na brzeg, co często byłoby niewykonalne.

Generalnie sterowanie to duża frajda. Barka ma dwa miejsca sterownicze pod i na pokładzie. Ponieważ jest ciepło i nie pada, całe życie łącznie ze sterowaniem odbywa się na górnym pokładzie. Barka płynie z maksymalną dopuszczalną na kanale, prędkością 8 km/h. Wypożyczone rowery nie służą tylko do wypadów do mijanych miasteczek i na podstawowe zakupy, można sobie nimi jechać drogą wzdłuż kanału i zakotwiczyć się z powrotem na barce przy kolejnej, wybranej śluzie.

Podstawowe wskazówki

  1. Nasza barka o wdzięcznej nazwie Indiana Jones dla 12 osób to typ Tarpon 49 Quattro Prestige. Jednak komfortowo jest płynąć w maksymalnie 10 osób, ponieważ dwie osoby śpią na rozkładanych ławkach w salonie.
  2. Łazieneczki w kajutach są malutkie, wygodniej jest brać prysznic w marinach, często za niewielką opłatą.
  3. Rytm dnia wyznaczają godziny otwarcia śluz, jeśli któregoś dnia zależy nam na konkretnej godzinie dotarcia do mariny lub w inne miejsce docelowe, musimy brać to pod uwagę. W przewodniku, który otrzymaliśmy przed wypłynięciem, te informacje są dostępne.
  4. Warto wziąć polską flagę i przyczepić w odpowiednim miejscu. Dzięki temu, że załogi wywieszały flagi, dowiedzieliśmy się, że większość mijanych załóg to byli Australijczycy i Nowozelandczycy. Było to dla nas sporym zaskoczeniem.
  5. Planowaliśmy wynająć 11 rowerów, już we Francji Pani nam uświadomiła, że zajmiemy tymi rowerami cały przedni pokład. 6 rowerów okazało się wystarczające.
  6. Jak zakotwiczycie się na noc w okolicach niedużej miejscowości, warto znaleźć piekarnię i zamówić na rano bagietki. Ponieważ było nas 11 osób, często kupowaliśmy po 2 worki bagietek i prawie zawsze słyszeliśmy pytanie, czy zamawialiśmy pieczywo wcześniej? Na szczęście nigdzie nie odprawiono nas z całkowitym “kwitkiem”.

Historia kanału

Teraz parę słów o Canale du Midi, cudzie hydrotechniki łączącym rzekę Garonnę (koło Tuluzy) ze Sete – małym portem nad Morzem Śródziemnym. Kanał został otwarty w 1681 r. jako Królewski Kanał Langwedocji. Przy jego piętnastoletniej budowie pracowało 12 tysięcy robotników. Zbudowano go z prywatnej inicjatywy poborcy podatkowego Pierre Paula Riqueta, który nie doczekał się jego napełnienia wodą. Zmarł kilka miesięcy przed otwarciem kanału dla żeglugi, doprowadzony do finansowej ruiny.

Czas na barce i mijane miejsca

Kanał ma 240 km długości. Wśród 328 inżynieryjnych budowli znajdują się 64 śluzy, niektóre kaskadowe, składające się z kilku komór, umożliwiających wielokrotne wznoszenie łodzi. Pod Beziers jest właśnie takie miejsce Ecluses de Fonserannes, w którym łodzie muszą minąć kilka śluz i pokonać 21.5 metrową różnicę poziomów. Wszystko to na oczach przybywających tu licznie gapiów, którzy obserwują dokładnie nasze poczynania. Są też mosty i tunele, niektóre z bardzo wąskim przejściem, umieszczone na zakręcie. Wtedy używamy sygnalizacji (zakazanej generalnie na kanale) by ostrzec płynących z przeciwka. Nie brakuje skrzyżowań kanału z rzekami. Płyniemy wtedy w olbrzymiej kamiennej rynnie, czyli akwedukcie i obserwujemy rzekę z góry.

Wzdłuż brzegów kanału  posadzono 250 tys. drzew. Większość to platany, ale są też cyprysy i pinie. Widok jest niesamowity, kiedy płyniemy pod naginającymi się w stronę kanału platanami.

Życie na barce płynie leniwie, podziwiamy krajobrazy, pozdrawiamy załogantów z innych łodzi, śluzujemy się, zwiedzamy wybrane, mijane miasteczka. Różnorodność miejscowości ogromna, od sennych, bez większych oznak życia, po te tętniące życiem, ale życiem właściwym niedużym miejscowościom. Każde z tych miasteczek zostaje we wspomnieniach, są po prostu bardzo klimatyczne.

W Capestang cumujemy przy moście i  udajemy się na zwiedzanie miasteczka. Zachodzimy też obowiązkowo do winnicy, musimy przecież kosztować miejscowych wyrobów. Domaine Moulin Gimie, przy 49 rue Gambetta, okazuje się strzałem w dziesiątkę. Właściciel podsuwa nam wiadra do wypluwania wina, niezbędne przy degustacji, ale my już na początku informujemy, że dla nas są zbędne. Jak się okazuje wina z tej winnicy otrzymują gwiazdki, są wymieniane w Guide Hachette (francuski przewodnik po winach wydawany co roku) oraz są nagradzane na konkursach. Decydujemy się na zakup nie tylko na bieżące potrzeby, ale też do domu. Kosze przy rowerach nie są w stanie pomieścić naszego zamówienia, właściciel winnicy oferuje podwiezienie zakupionych win na barkę swoim samochodem terenowym. W miasteczku i w pomieszczeniu degustacyjnym spędzamy czas niezwykle przyjemnie.

Innym ciekawym przystankiem na naszej trasie, a związanym z winem jest Chateau de Ventenac Minervois. Cumujemy barkę tuż przy wejściu do winiarni. Winiarze z Ventanac w 1938 roku założyli spółdzielnię i otworzyli winiarnię w zamku z 1880 roku, położonym bezpośrednio przy kanale, w której oprócz zakupów w sklepie, możemy także poznać historię i degustować produkowane w tej miejscowości wino.

Ponieważ na naszej trasie znajdowało się Chateau de Paraza, które służyło jako baza dla inżyniera Pierre Paul Riquet podczas budowy tej części kanału, nie sposób było ominąć winnicę, która jest bezpośrednio związana z twórcą i pomysłodawcą Canalu du Midi. Od 2005 roku Château de Paraza została reaktywowana pod kierownictwem rodziny Danglas. Rodzice i trójka dzieci dokładają wszelkich starań, aby powstawały w tej winnicy niezapomniane wina. O winnicy opowiada nam jeden z synów (uwielbiam, kiedy właściciel jest naszym przewodnikiem), razem z nim testujemy wina i zadajemy tradycyjne pytanie Ile wina wypija dziennie ? Patrzy na nas, uśmiecha się pociemniałymi od czerwonego wina zębami (musiał niedawno pić) i mówi. Jak tu Wam odpowiedzieć ? Parę razy zabrano mi prawo jazdy. No niestety, jest to biznes pełen pokus. Poza tym dowiadujemy się, że francuscy winiarze próbują odzyskać utracone dobre zdanie o ich winach. Zaprzestali używania pestycydów, które miały wpływ na jakość wina i tym samym spadek sprzedaży Myślę, że byli zbyt zadufani w sobie i nie sądzili, że wina z Nowego Świata czy innych krajów mogą wyprzeć sławne francuskie wina. Niestety liczy się smak, a nie kraj produkcji, uświadomienie tego faktu zajęło trochę czasu Francuzom. W Château de Paraza można też wynająć luksusowo odrestaurowane pokoje i apartamenty, aby  spędzić w tej okolicy parę dni.

Jeśli zdecydujecie się na podróż barką, to koniecznie trzeba zawitać do księgarni “Le Trouve Tout du Livre”, która została utworzona w 1960 roku w Paryżu i świadczyła usługi wyszukiwania i wysyłania książek. Księgarnia często nazywana jest „Le Somail” ze względu na swoje położenie w małej wiosce na Canal du Midi, w której działa od 1980 roku, po przeniesieniu z Paryża książka po książce. Usytuowana jest w starej piwnicy, graniczącej z kanałem, gdzie dostępne jest ok. 50.000 książek. Księgarnia odwiedzana jest przez turystów, pisarzy i wszystkich, którzy lubią taki klimat dla książek. Miejsce to żyje, a czytelników, którzy chcą tu zawitać nie brakuje.

Po drugiej stronie kanału, znajduje się świetna restauracja Auberge du somail. Stolik trzeba rezerwować jak tylko się zakotwiczy, bo o miejsca trudno. Nam udało się zarezerwować stolik na zewnątrz i to chyba ostatni. W dni, kiedy w restauracji odbywają się koncerty na żywo (pod gołym niebem) jest to oczywiście zaleta. Kuchnia jest znakomita, z wykorzystaniem ekologicznych, miejscowych produktów. Polecam oczywiście regionalne potrawy, w tym słynne cassoulet. Cassoulet, to tradycyjne, sycące danie z fasoli i mięsa, z południowej Francji. Piecze się je w glinianych naczyniach (ceramicznych, żaroodpornych) posypane smakowitymi okruchami z bułki. Najlepsze cassoulet przyrządza się na gęsim tłuszczu.

Będąc w temacie jedzenia, to muszę przyznać, że na naszej barce stół pokładowy był zawsze zastawiony. Ponieważ to był wrzesień, świeże winogrona były obowiązkowe, ponadto cieniutkie kabanosy wysuszone na słońcu, figi, oliwa z oliwek zaostrzona kupionymi na miejscu ostrymi papryczkami, sery, do tego bagietki. Nic więcej nie trzeba, do miejscowego wina i polskiego piwa chłodzącego się w lodówce górno pokładowej. Jeśli nie szliśmy do restauracji wieczorem, to załoganci z sąsiednich barek w marinie, wąchali z zazdrością pieczony boczek i inne grillowane specjały. Stół znajdujący się na pokładzie, miał na środku zdejmowaną okrągłą przykrywkę, pod którą znajdowała się blacha do pieczenia, a pod nią butla gazowa umożliwiająca grillowanie.

Do Polski wieziemy wina i francuskie pasty warzywne, chociaż przez krótki czas przypomną nam nie tylko smaki ale też zapachy i krajobrazy Langwedocji.

Podróż, wrzesień 2013.

    One Response

  1. My również pływaliśmy w tym roku na barce we Francji. Wyszło dość nietypowo.
    Zaplanowaliśmy rejs po rzece Lot, ale niestety pogoda nieco pokrzyżowała nam plany. Deszcze spowodowały podniesienie stanu wody i zakaz żeglugi.
    Zrobiliśmy krótki wypad po okolicy i zmieniliśmy bazę na Agen. Stamtąd już bez niespodzianek udało się nam się wypłynąć w kierunku Nerac. Polecam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *