Po dwóch dniach spędzonych w Quito i okolicach wyruszany w drogę do Baños de Agua Santa, samochodem wypożyczonym w Thrifty Car Rental. Podróż samochodem znacznie ułatwia nam zobaczenie paru interesujących rzeczy, zanim dotrzemy do celu. Po pierwsze jedziemy Drogą Panamerykańską, która przecina cały kontynent z południa na północ. Droga łączy obie Ameryki, od północy Alaski, poprzez Amerykę Środkową, po południe Argentyny. Łączna długość całej trasy, liczonej od kręgu polarnego na Alasce do miasta Ushuaia w Argentynie, wynosi około 25750 km. My przejedziemy jej skromnym ekwadorskim odcinkiem, do tego często zbaczając do wybranych miejsc. Słynną Wielką Dolinę Centralną zwaną „Aleją wulkanów” w centralnym Ekwadorze przemierzamy jadąc właśnie Panamericaną.


Pierwszym przystankiem jest Park Narodowy Cotopaxi, w którego samym środku znajduje się największy aktywny wulkan Cotopaxi o wysokości 5897 mnpm. Nie dojeżdżamy pod sam wulkan, bo nie pozwala nam pogoda, jak widać na zdjęciach jest mglisto i dżdżysto, ale widoki mijanych wiosek i pracujących w nich Indian są niezapomniane. Jedziemy, słuchając się GPS, często po wąskich, gruntowych drogach. Pomimo deszczu nie mamy problemu z poruszaniem się samochodem osobowym po tych drużkach.
Opuszczamy niezbyt sprzyjające pogodowo okolice Cotopaxi i ruszamy do Hacienda la Cienga (Latacunga 050150), która była świadkiem wielu ważnych wydarzeń historycznych, społecznych, politycznych i naukowych. W 1742 roku, po dwustu lat bezczynności, wybucha wulkan Cotopaxi, pozwalając naukowcom zbliżyć się do jego skraju. Działalność geologiczna w wyniku erupcji była bardzo potężna, zniszczyła wiele miast i gmin. Wśród trzęsień ziemi i wstrząsów wtórnych, mury hacjendy pozostały nienaruszone, najprawdopodobniej dzięki solidności konstrukcji tzn. jej dwu metrowej grubości ścianom.

Pierwszym gościem hacjendy był Sir Alexander von Humboldt, który przebywał tam podczas wykonywania szeregu badań w 1802 roku. Sir Alexander jest twórcą określenia „Aleja Wulkanów”. Dokonał on w hacjendzie fundamentalnych dla geografii fizycznej obserwacji. Z pokolenia na pokolenie, hacjenda była zamieszkiwana przez ważne osobistości i wielkie postacie historyczne.
W chwili obecnej w hacjendzie znajduje się hotel i restauracja. My zatrzymujemy się w restauracji, oglądamy wnętrza, park i zewnętrzną kaplicę. Drzewa alei wjazdowej robią niesamowite wrażenie, a wnętrze przywodzi na myśl obrazy rancz z filmów latynoamerykańskich.
Naszym kolejnym celem przed przyjazdem do Baños jest Laguna Quilotoa czyli jezioro w kraterze Quilotoa. Prowadzi do niej porządna, miejscami kręta, asfaltowa droga z odblaskowymi punktami, tzw. „kocimi oczami”, które okazują się bardzo pomocne gdy już opuszczamy lagunę, a na zewnątrz robi się ciemno. Można podziwiać krajobrazy, alpaki i spokojne wioski przez które przejeżdżamy.
Przed wjazdem do laguny uiszczamy opłatę i możemy udać się na spacer. Przed lub po spacerze można jeszcze wstąpić do umieszczonych tuż przy parkingu sklepów z pamiątkami.

Samą lagunę zapamiętam jako miejsce osnute mgłą, z bardzo pomocnymi tubylcami, z których jeden towarzyszył nam podczas całego naszego spaceru. Niestety mgła nie pozwoliła nam dostrzec widoków, które podobno zapierają dech w piersi. Mi dech w piersi zapierała wysokość po jakiej się poruszaliśmy. Pomimo paru dni aklimatyzacji przebywanie powyżej 4000 mnpm. przy wysiłku fizycznym dawało się we znaki.

Podróż, listopad 2014.
