Ekwador i Galapagos

Iyarina Lodge to tu smakujemy Amazonię

Planując podróż do Ekwadoru, chyba najwięcej rozmyślań poświęciliśmy, gdzie zatrzymać się, żeby poczuć atmosferę dżungli. Wybór ogromny, przecież Amazonia zajmuje niemały teren, a topowych miejsc gdzie się zatrzymać nie brakuje. Muszę się jednak przyznać, że część z nas miała trochę obaw przed „ekstremalnym” penetrowaniem Oriente. Z pomocą przyszła mieszkająca w Quito „Polka na Równiku”. Poleciła nam www.iyarina.com, miejsce 20 km od Teny, z wygodnym dojazdem, w którym będziemy mogli wystarczająco poczuć smak Amazonii. Tak też się stało.

Iyarina Lodge założył Amerykanin, który przyjeżdża tu ze swoimi studentami na wakacyjne praktyki.  Niestety na mail po angielsku nie otrzymaliśmy odpowiedzi, ale na ten po hiszpańsku bardzo szybko. Ośrodkiem zarządza miejscowy pracownik (bardzo sympatyczny), który mówi tylko po hiszpańsku. Mój ubogi hiszpański był jednak na tyle wystarczający, że dogadaliśmy się z nim i dwiema pracownicami, tym bardziej, że plan naszych wypadów do dżungli mieliśmy ustalony mailowo.

Iyarina Lodge znajduje się w miejscu, które charakteryzuje się małymi wspólnotami Quihua, w języku Quichua „Iyarina” oznacza odbicie. Co dla nas najważniejsze jest to obszar z rozmaitą roślinnością, bogaty w tropikalne lasy deszczowe, jeden z najbardziej biologicznie zróżnicowanych regionów z dużą liczbą gatunków w florze i faunie. Ośrodek położony jest nad rzeką Napo, której szum towarzyszy nam przez cały czas pobytu. Mieszkamy w tradycyjnie zbudowanych domkach na palach. W nocy nie ma spokoju, towarzyszą nam odgłosy dżungli, gdy nad ranem zapada spokój,  dużo wcześniej niż mamy to w planie, budzą nas piejące koguty, wchodzące rankiem między pale domku i piejące o wiele decybeli za wysoko. Domki są czyste, ale są tradycyjne, a więc nie są jakoś specjalnie uszczelniane. W łazience chodzą  5 cm długości karaluchy, jeden wszedł mi do walizki, nie zdążyłam go przegonić, są  tak szybkie. Koleżanka poszła w nocy do toalety, sięga ręką po papier toaletowy, a tam ogromna ropucha. Krzyk było słychać w całym ośrodku. Uwierzcie mi, te robaki pomimo obaw, nie powodowały wielkiego stresu wśród nas.

W ośrodku jesteśmy sami. Nie ma więc problemu z ustaleniem godzin posiłków, czujemy się tam naprawdę domowo. Z kupionymi po drodze owocami, których nazwy nie znamy idziemy do kuchni i pytamy jak się nazywają i jak je najwygodniej jeść. Przy okazji oglądamy zeszyty małej uczennicy, która odrabia lekcje właśnie w kuchni.

Wieczorem udajemy się (samochodem) do niedaleko położonej wioski, gdzie odwiedzamy miejscowego szamana. Pali papierosy, pije dziwną miksturę, macha liśćmi i wprowadza się w trans.

Trochę to dziwne i śmieszne, ale może tylko nam się wydaje, że to przestawienie zrobione pod nas. Po odgonieniu złych duchów, szaman proponuje wprowadzić w trans kogoś z nas. Znajduje się jedna odważna osoba, ale chyba nie jest zbyt podatna, a poza tym nie zdecydowała się na wypicie specjalnej mikstury. Najważniejsze, że spędzamy interesujący wieczór, a szaman na pewno nie jest mocno przejęty, że jesteśmy tak odporni na jego poczynania. Będziemy czujnie obserwować, jak zachowuje się nasza koleżanka i czy złe duchy zostały z niej wygnane raz na zawsze.

Następny dzień to oczekiwana przez nas wycieczka do dżungli z miejscowym przewodnikiem z plemienia  Quichua. Podjeżdża po nas samochód terenowy, dostajemy gumowce, ładujemy się na pakę i ruszamy. Ubrani jesteśmy w długie spodnie i koszule z długim rękawem. W dżungli spędzamy ponad 3 godziny, przewodnik pokazuje nam obfitość i różnorodność biologiczną flory oraz wyjaśnia jej praktyczne zastosowanie w życiu codziennym, a także mówi  o właściwościach leczniczych napotykanych roślin i drzew.

Opowiada nam swoje niewiarygodne przygody z anakondą, pokazuje gdzie można się schronić w dżungli. Przy okazji robi nam wachlarze i opaski na głowę z dostępnych w dżungli surowców. Oj czujemy klimat Oriente, jesteśmy lepcy od temperatury i wilgoci, ubłoceni, ale też zadowoleni, bo dżungla i jej przyroda jest piękna.

Popołudnie spędzamy w ośrodku na hamakach, super relaks.

Wypoczęci, ruszamy łódką do  Misahualli, aby podziwiać żyjące w środowisku naturalnym małpki kapucynki, które chodzą sobie po centrum miasteczka.

Kończąc przygodę z dżunglą, jeszcze z łódki możemy poobserwować dziką przyrodę, tym bardziej jest to przyjemne, że bryza spod canoe bardzo przyjemnie nas chłodzi.

Podróż, listopad 2014.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *