Zanim ruszymy na zwiedzanie amerykańskiej przyrody, jeszcze wizyta w San Diego i Coronado. Od rana, ni jak się mają słowa piosenki It never rains in Souther California, do tego co za oknem. Skoro jednak wycieczka była zaplanowana, wsiadamy do samochodu i ruszamy.

Nasz pierwszy cel to Stare Miasto w San Diego. Chociaż wiedziałam o hiszpańsko-meksykańskich początkach tej osady, to widok Starego Miasta mocno mnie zaskoczył. Nie oglądałam wcześniej zdjęć z tego miejsca, które jest typowo meksykańskie, kameralne i bardzo urocze. Jak wspomniałam, początkowo osiedle było pod władaniem Hiszpanii, później Meksyku (1821 – 1848), aż w 1848 roku wskutek zwycięskiej dla USA wojny amerykańsko–meksykańskiej, razem z całą Kalifornią zostało przyłączone do Stanów Zjednoczonych. Wyjechaliśmy z Los Angeles bez śniadania, więc pierwsze kroki kierujemy do restauracji. Szczegółów posiłku nie pamiętam, poza tym, że było smacznie, ale fakt, iż restauracja reklamowała kieliszek champagne do śniadania gratis to i owszem pamiętam. Ponieważ było chłodno i deszczowo, a i bliskość Meksyku zobowiązywała, nie odmówiliśmy sobie drinków na bazie tequili.


Wracając do Starego Miasta, mnóstwo tutaj sklepików, warsztatów, restauracji, muzeów, a także scena dla występów lokalnych zespołów. Wśród typowo meksykańskiej architektury, zwraca też uwagę styl westernowy, związany z pierwszymi zachodnimi osadnikami w rejonie.


W San Diego zwiedzamy również Park Balboa, w którym oprócz przyrody znajdziemy bogato zdobione budynki. Nazwa jednego z pierwszych publicznych parków w USA (490-hektarowego) pochodzi od nazwiska hiszpańskiego odkrywcy, Vasco Núñez de Balboy. Zwiedzanie zaczynamy od przejażdżki autobusem, kursującym po parku. Kierowca i przewodnik w jednej osobie pokazuje rzadkie gatunki drzew i roślin, magiczne alejki i inne ciekawostki. W Balboa znajdują się muzea, teatry i ZOO. Ponieważ nie mieliśmy czasu na zobaczenie wszystkiego co oferuje park, pospacerowaliśmy jeszcze El Prado, główną aleją parku, podziwiając charakterystyczne budynki w hiszpańsko-śródziemnomorskim stylu.


Opuszczamy deszczowe San Diego i kierujemy się na półwysep Coronado. Droga prowadzi po niesamowitym moście, wysoko nad zatoką, który w połowie drogi zakręca o 90 stopni. Nasz cel to słynny drewniany Hotel Del Coronado w stylu wiktoriańskim. Zbudowany w 1888 roku, jako jeden z pierwszych budynków na półwyspie, z drewna spławionego tratwami ze stanu Oregon (na wyspie rosną jedynie palmy). W trakcie swojej prawie 130 letniej historii, hotel nie przeszedł większych zmian. W jego pokojach mieszkali prezydenci, koronowane głowy oraz tak znani aktorzy jak Rudolph Valentino, Charlie Chaplin, czy Clark Gable. Hotelowe pomieszczenia nieraz były scenerią dla filmów czy seriali.
Jeszcze w Polsce przeczytałam, że w Hotelu Del Coronado znajduje się lodziarnia z rewelacyjnymi lodami, tam kierujemy się bez zbytniego zastanawiania. Obsługuje nas młoda Bułgarka, która słysząc naszą rozmowę z miejsca pyta skąd jesteśmy. Swoją radość ze spotkania z nami okazuje nieziemsko wielkimi porcjami gałek. Nie daliśmy rady ich pokonać. Meksykanka, która przyszłą jej z pomocą, serwowała normalnej wielkości gałki, zdecydowanie do zmierzenia się z nimi. Aha, lody faktycznie pyszne.

Hotel położony przy pięknej plaży, to miejsce niezwykle urocze, zarówno w środku jak i na zewnątrz.
Podróż, listopad 2011.
