Po obejrzeniu w 2010 roku „Makłowicza w podróży”, który gościł w austriackim Schladming, pomyślałam, trzeba tam jechać. Po 9 latach udało się. Był to pierwszy wyjazd od lat, kiedy nie trzeba było szukać śniegu, to on znalazł nas już w Polsce i towarzyszył całą drogę do Styrii. Padający prawie cały tydzień śnieg (wspomnę o tym, że padał przed i po naszym wyjeździe) stworzył bajkową atmosferę, pomimo faktu, że trzeba było zakładać łańcuchy i odśnieżać mocno zasypane samochody. Trzeba przyznać, Austriacy na długie i intensywne opady śniegu są przygotowani, zima im nie straszna.


Trasy jak na tak mocne opady śniegu były dobrze przygotowane, ratraki pracowały na nich nie tylko wieczorem, ale i rano. Czekało na nas 230 km tras, przy karnecie wielodniowym można jeździć po około 800 km, bo Schladming należy do regionu SkiAmade.

Schladming najbliższy polskiej granicy duży ośrodek narciarski promuje się jako 4 Góry (4 Berge), Hauser Kaibling, Planai, Hochwurzen i Reiteralm. Bez trudu przenosimy się z jednej góry na drugą. Planai góruje nad Schaldming i oferuje 26 wyciągów i 64 km tras. Część tras to legendy Pucharu i Mistrzostw Świata. Ośrodek nie jest położony wysoko (Planai 1906 m n.p.m.), ale zawsze jest możliwość jazdy na lodowcu Dachstein 2700 m n.p.m.

My mieszkaliśmy w miejscowości Rohrmoos pod górą Hochwurzen, która w pierwszym momencie sprawia wrażenie miejsca dla rodzin z dziećmi. Nisko na zboczu góry, wiją się trasy bardzo płaskie. Na zdjęciach poniżej taka trasa w śniegu i słońcu.


W niższych partiach Hochwurzen możemy znaleźć funslopy, oczywiście nie tylko dla dzieci. Dla dorosłych hopki, tunele czy spirale to też fajna zabawa Po wjeździe na szczyt góry trasy są długie i szerokie, te najwyżej położone sprawiają wrażenie dosyć stromych. Dodatkowym atutem jest infrastruktura, w górnej części same nowe wyciągi.

Dużą zaletą naszego hotelu położonego w tej części ośrodka (Rohrmoos) jest bezpośrednie wyjście na stok. Większość pensjonatów ma taką opcję, stąd skibusy jeżdżą tylko przez centrum i tylko co godzinę. Polecam hotel Burgfellnerhof, nie tylko super położenie, ale też bardzo dobre jedzenie, bardzo przyjemna sauna i pokoje gier (bilard, ping pong itp.).
Górna stacja Hauser Kaibling jest charakterystyczna ze względu na mieszczącą się tam wieżę telekomunikacyjną, pod którą możemy się zrelaksować w wielkich kolorowych fotelach, oczywiście jeśli pogoda sprzyja. To góra najdalej położona od naszego hotelu, ale jak i pozostałe warta odwiedzenia. Super widoki, super trasy i duży wybór dla tych zaawansowanych i mniej zaawansowanych narciarzy.


Jak już pisałam, prawie cały nasz pobyt padał śnieg, zdjęcia tego nie oddają w pełni, ale restauracje na szczytach i drzewa wyglądały bajkowo pokryte szronem i śniegiem.


Ostatni dzień to było zwieńczenie tej bajki, ale już w słońcu. Tak pięknej zimy w górach nie widziałam od dawna, na pewno miało w tym udział niezbyt wysokie położenie ośrodka, a więc występujące tu drzewa.


W Schladming na stokach zwraca uwagę bardzo dobre oznakowanie, w szczególności dużo mapek, od dużych przy gondolach, do małych na trasach w miejscach rozjazdów. Poza tym bardzo przyjemne architektonicznie restauracje i bary, co jak już dawno zauważyłam jest domeną austriackich ośrodków.
W samym Schladming działa browar, z którego piwo dostępne jest w lokalnych restauracjach. Miałam w planie odwiedzić gospodę byłego trenera austriackiej kadry olimpijskiej, działającą w Schladming, ale zasypane samochody i kursujący co godzinę bus, skutecznie mnie do tego zniechęciły (jedna nieudana próba była podjęta). No i nie było mi dane zobaczyć salki Arnolda Schwarcenegera, który jest bliskim przyjacielem byłego trenera. No trudno i tak było cudownie.


To na pewno jest region, do którego wrócę z przyjemnością.

Podróż, styczeń 2019.
