USA

Bryce Canyon, czerwone cudo

W okolice Bryce Canyon, tzn. do miejscowości Panguitch docieramy bardzo późnym popołudniem. Wybieramy New Western Motel i po szybkim rozpakowaniu ruszamy na poszukiwanie restauracji. Zatrzymujemy się w Cowboy’s Smokehouse Café. Przyjemna, kowbojska atmosfera, a my zamawiamy typowo po amerykańsku stek i piwo, i po amerykańsku zamówione dania nam serwują. Prawda jest taka, że nie jesteśmy do końca przygotowani na panująca temperaturę i śnieg. Po drodze mijaliśmy wyciągi narciarskie wcale nie w zieleni, ale w śniegu.

Niby LA niedaleko, ale temperatura w Utah diametralnie różna, nie tego się spodziewaliśmy patrząc na pogodę w Kalifornii. Dodam tylko, że to był pierwszy i ostatni raz, kiedy byliśmy tak słabo przygotowani na dużą zmianę pogody. To była dobra nauczka na następne wyprawy.

Wracając do zamówienia, piwo jest podane w kuflach z zamrażalnika, tak więc lany do nich złoty płyn przyjmuje konsystencję śryżu. Uff a chcielibyśmy się ogrzać. Co tam, nie marudzimy, jesteśmy w końcu w USA, gdzie lód do napojów jest wszechobecny.

Rano, kolejna niespodzianka, pierwszy raz mamy okazję oglądać mormonki. Niby nic dziwnego, ale Członkowie Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich (Mormoni), fascynują swoim strojem, swoistym systemem wierzeń i wielożeństwem.

Mormoni przez 50 lat próbowali oswoić społeczeństwo ze swoją religią i wyznawanymi wartościami. Jedno, jedyne ustępstwo pozwoliło im to osiągnąć. W 1890 roku wspólnota zrezygnowała z poligamii przyjęła obowiązujące prawem jednożeństwo. W Utah mormoni stanowią 70% społeczeństwa, tak więc kultura tego stanu to właśnie ich dokonania.

W 1873 roku w rejony Bryce Canyon przybyła grupa mormonów, do której dwa lata później dołączył Ebenezar Bryce z żona. Zamieszkali oni na dnie kanionu, przy dzisiejszym Bryce Amphiteatre. Ludzie zaczęli kojarzyć to miejsce z przybyłą rodziną i z czasem zaczęli nazywać Bryce Canyon. Jako stolarz Ebenezer szybko wybudował gospodarstwo, ale brak wody lub jej nadmiar, a ponadto poszukiwania zaginionego bydła w tym trudnym rejonie pomogły podjąć decyzje o przeprowadzce do Arizony. Zwyczajowa nazwa jednak pozostała.

Rdzenny lud pochodzący z tych rejonów to Pajuci, to oni nazwali ten teren z niezwykłymi formacjami skalnymi Twarze Pomalowane na Czerwono. Uważali, że kamienne grzybki i pinakle to źli ludzie unieruchomieni przez boga-kojota. Bóg zaprosił ich na wielką ucztę na dno kanionu. Przybyli z twarzami pomalowanymi w czerwone barwy wojenne, po wypowiedzeniu zaklęcia przez gospodarza rzucili się do ucieczki i zastygli w różnych pozycjach na zboczach kanionu.

Tyle legenda. Prawda jest taka, że kanionu Bryce nie utworzyła rzeka. Skalne grzyby, pinakle, niesamowita ilość strzelistych minaretów skalnych zwanych hoodoos, wieżyczki, mury, łuki i okna to efekt erozji termicznej i chemicznej, czyli woda, kwaśne deszcze, temperatura.

My do parku docieramy samochodem i nim się poruszamy. Jest listopad, śnieg (na szczęście słońce) więc nie ma tłoku. Nie ma też problemu z poruszaniem się po parku darmowym transportem.

Bryce Canyon to piękne widoki, duży wybór szlaków. My nie mogliśmy rozwinąć skrzydeł, bo nie byliśmy przygotowani na trasy ośnieżone. Zejścia na dół brakuje mi najbardziej, bo ominęły mnie niecodzienne wrażenia z głębi kanionu.

Punkty widokowe Sunrise Point, Sunset Point, Bryce Point, Natural Bridge Point i inne zachwycą każdego. Chyba nie będę pisać więcej, zdjęcia mówią za mnie.

Bryce Canyon trzeba odwiedzić koniecznie, a jak się uda to i „pospacerować”, każdy powinien znaleźć tu szlak na swoje możliwości, a może zejść do serca tego płomiennie czerwonego cuda.

Podróż, listopad 2011.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *