Co ma takiego San Francisco, że znajduje się w pierwszej pięćdziesiątce najczęściej odwiedzanych miast na świecie?
Spędziłam w nim 1,5 dnia, ale to wystarczyło, żeby mnie zauroczyło. San Francisco położone jest na 48 wzgórzach, co nie raz powodowało jego wybór jako planu filmowego. Pościgi samochodowe po pagórkowatych ulicach pokazywane w produkcjach, to niezapomniana wizytówka miasta.

San Francisco znajduje się na półwyspie, graniczy z Oceanem Spokojnym i Zatoką San Francisco. Byłam w nim krótko, ale doświadczyłam bardzo częstego zjawiska klimatycznego, właściwego dla północnego rejonu Kalifornii, czyli mgły. Na szczęście nie zasnuwała ona miasta przez cały czas.
Pierwszy raz obszar, na którym położone jest San Francisco został zasiedlony przez Hiszpanów pod koniec XVII wieku. W 1849 roku do San Francisco ciągnęli poszukiwacze złota.

Ponieważ San Francisco ma w sobie jakąś magię, to ciągną tu ludzie przeróżni, a to powoduje, że miasto może poszczycić się wieloma pomysłami, które powstały właśnie tu i zasłynęły na całym świecie.
Oto parę przykładów:
- Podczas gorączki złota w San Francisco wymyślono dżinsy. Górnicy potrzebowali wygodnej i wytrzymałej odzieży.
- Ciasteczka szczęścia z wiadomością włożoną do środka są pomysłem Makoto Hagiwara. Zostały podane po raz pierwszy w Tea House w 1914 roku.
- Kawa po irlandzku została wymyślona w San Francisco.
- Francis Ford Coppola pisał Ojca Chrzestnego w Caffe Trieste.
- San Francisco to miejsce silnie związane z ruchem hippisowskim. W latach 60 ubiegłego wieku przez kilka miesięcy dzielnica Haight-Ashbury żyła miłością, pokojem i narkotykami. Dlaczego tam? Bo miejsce to, to były stare domy, zbudowane kiedyś dla irlandzkich robotników. Budynki nadawały się idealnie do tworzenia hippisowskich komun. Miejsce jest niezwykle popularne do dziś. Ciekawostką jest sprzedawany wówczas za niecałe 5$ „Zestaw Hippisa”, czyli paczuszka zawierająca kwiaty, dzwonki, flecik, bandanę, kadzidełko i kilka piórek.
- San Francisco gościło w 1966 roku Beatlesów na ich ostatnim oficjalnym koncercie.
Ponieważ nasz pobyt w mieście mgły jest stosunkowo krótki, to pół dnia przeznaczamy na Alcatraz (wspomnienia są tutaj) jeden dzień to już tylko spacer po centrum i jego okolicach.

Wizytówką miasta jest Golden Gate, choć przyciąga położeniem i architekturą to jego niechlubną sławą jest wybór mostu na miejsce popełnienia samobójstwa. Zrobiło to już ponad 3000 osób, zaznaczam, że wiele żałowało swojej decyzji w momencie skoku.
Biznesowe serce San Francisco to Union Squer. Biura, wieżowce, zakupy w ogromnych Victoria’s Secret i Macy’s, a także w listopadzie duże miejskie lodowisko.



Stąd wyruszamy do niezbyt odległych ogrodów Yerba Buena. Co ciekawe pierwotna hiszpańska nazwa San Francisco brzmiała właśnie Yerba Buena, co oznacza „dobre zioło” lub „dobra trawa”. Przestrzeń tworzą unikalne ogrody, trawniki i nasadzenia, które odzwierciedlają różnorodność kultur w San Francisco i na świecie.

Dźwięk wody, cień drzew, zapach kwiatów i ciepło słońca sprawiają, że ogrody Yerba Buena są idealne do odpoczynku, pokazów sztuki ulicznej jak też na spokojną kawę w jednej z licznych kawiarenek.

Wokół terenów zielonych znalazły miejsce takie atrakcje miasta jak Muzeum Sztuki Współczesnej SEMONA, Współczesne Muzeum Żydowskie CJM, czy Muzeum Diaspory Afrykańskiej. Miejsce jest urocze, co zresztą (mam nadzieję) widać na zdjęciach.

Jak wiele miast na świecie tak i San Francisco ma swoją Chinatown. Dzielnica położona jest wokół Grant Avenue i Stockton Street i jest najstarszym Chinatown w Ameryce Północnej i największym ośrodkiem chińskiej społeczności poza Azją. W latach 1850-1900 osiedlali się tu imigranci z prowincji Guangdong w południowych Chinach. Byli to głównie mężczyźni, którzy pracowali przy budowie kolei transkontynentalnej lub w kalifornijskich kopalniach.

Do Chinatown wchodzi się przez okazałą bramę, nie ma więc wątpliwości, gdzie jesteśmy. Poza tym napisy w ich ojczystym języku, chińskie produkty, potrawy i zapachy czynią swoje.

Idąc na Union Squer upatrzyliśmy sobie restaurację z kaczkami i to była nasza największa pomyłka w chińskim jedzeniu podczas całej podróży. Choć kaczki wyglądały pięknie na wystawie, to sposób podania i wygląd dania, a także jego smak nie był tym co oczekiwaliśmy. Tragedii nie było, ale do dziś niedoskonałość smaku i miejsca jest w naszej pamięci.

Obowiązkowy punkt zwiedzania to oczywiście zakręcony odcinek Lombard Street. Swój kształt na tym fragmencie zawdzięcza trasie, która prowadzi przez wzgórze Russian Hill. Zjazd był zbyt stromy, dlatego zaprojektowano 8 ostrych zakrętów.

Ten serpentynowy odcinek ulicy Lombard Street jest uroczy również dzięki pięknym kwietnikom. Pomimo, że ulicę trudno sfotografować, aby uchwycić jej wyjątkowość, to mam nadzieję, że nam choć trochę udało się pomimo obecnej mgły.

W drodze do kamienic Painted Ladies mijamy położony w dzielnicy Civic Center, monumentalny ratusz miejski, zbudowany w stylu zwanym amerykańskim renesansem. Ratusz może poszczycić się piątą w kolejności największą kopułą na świecie. Na wprost ratusza znajdują się opera i sala symfoniczna.

Droga do Kamienic Painted Ladies, czyli kolorowych domów w stylu wiktoriańskim, daje nam przedsmak architektoniczny tego, co zobaczymy za chwilę.

Najsłynniejsze domy znajdują przy Alamo Square Park i są znane przede wszystkim z czołówki serialu Pełna Chata. Na zdjęciach, które oglądałam wcześniej prezentowały się wspaniale, a świetności dodawała rozpościerająca się za nimi panorama San Francisco. Nam nie było dane zrobić zdjęć w odpowiednim świetle, które pogłębia kolor „Malowanych dam”.

W San Francisco nie można nie zauważyć wyjątkowych tramwajów, stylizowanych na stare, które na początku i końcu swojej trasy są obracane przez maszynistę ręcznie, przy pomocy koła obrotowego. Tramwaje nie są napędzane elektryczną trakcją, nie ma co jej szukać. W San Francisco lina poruszająca go, ukryta jest pod torowiskiem. Jeśli wagon chwyci się liny, jedzie, jeśli ją puści, staje. Ta inność, możliwość stania na zewnętrznym schodku, a także wznoszące się i opadające ulice zachęcają do przejażdżki.

Poza centrum miasta zawitaliśmy jeszcze na Fisherman’s Wharf i Pier 39 czyli bardzo popularne molo w San Francisco i w zasadzie przedłużenie Fisherman’s Wharf. Nie mogliśmy tego pominąć, bo właśnie w pobliżu starej dzielnicy rybaków mieliśmy hotel.
Obecnie jest to miejsce zabudowane sklepami z pamiątkami i odzieżą, restauracjami serwującymi ryby i owoce morza oraz kawiarniami.

San Francisco ma urok, który potrafi przyciągnąć ludzi i zachęcić do powrotu.
Podróż, listopad 2011.
