Australia

Winiarskie Barossa Valley, Coorong National Park i cudowna widokowo The Great Ocean Road

Opuszczamy czerwony Outback, jeszcze przed samym odlotem na lotnisku w Alice Spring patrząc na podłogową wykładzinę wspominamy sztukę tworzoną przez Aborygenów.

Nasz kolejny etap podróży to podziwiane australijskiej przyrody na trasie Adelaide – Melbourne.

Zaczynamy od winiarskiego regionu Barossa Valley, którego historia sięga lat trzydziestych XVIII wieku. Wtedy zaczęli osiedlać się tu mieszkańcy Europy. To właśnie na tym terenie produkowane jest najpopularniejsze w Polsce australijskie wino, Jacob’s Creek, co znaczy Strumyk Jakuba.

Nam niestety nie udało się degustować wina w winnicy, a to z prostego powodu, degustacje są dostępne najczęściej od 10.30 do 16.30, czyli albo wyruszamy, albo dojeżdżamy w rejon winiarski w tym wypadku godzinę przed zamknięciem. Nie przeszkodziło to kosztować miejscowego wina, siedząc na hotelowym patio z widokiem na winnice.

To właśnie w Nuriootpa w dolinie Barossa po raz pierwszy zwróciliśmy uwagę na sklepy monopolowe SpinSave występujące w południowej Australii. Nie musisz wysiadać z samochodu, aby kupić butelkę miejscowego wina czy innego trunku. Wjeżdżasz do sklepu, zatrzymujesz się przy kasie i voilà sprawa kupna załatwiona, samochód może opuścić sklep. Oczywiście możesz wyjść z samochodu i robić zakupy jak w każdym sklepie monopolowym.

Po krótkiej wizycie w Barossa Valley ruszamy wzdłuż wybrzeża i dojeżdżamy do Coorong National Park. W języku lokalnych plemion Aborygenów Coorong oznacza „piaszczyste wydmy”, czyli to co faktycznie rozciąga się pomiędzy Parkiem a Południowym Oceanem.

Jadąc Princes Hwy mijamy słone jeziora, które robią wrażenie przykrytych śniegiem, tylko panująca temperatura nie pozwala w to uwierzyć.

Gdy kończy się mierzeja (11 km na północ od Kingston, ok. 70 km za Salt Creek), przed naszymi oczami pokazuje się ocean z najdłuższą plażą Australii. Zatrzymujemy się na punkcie widokowym, z którego doskonale widać The Granites czyli wielkie granitowe głazy, jedyne na tej plaży. Najwyższy z nich ma wysokość ponad 2 metry. Jak to często w Australii bywa, na plażę można wjechać samochodem i taki też widok mamy przed sobą.

Przerwę na kawę robimy w miejscowości Kingston SE, położonej nad zatoką. Przy wjeździe do miasta wita nas “Larry”, rzeźba homara o wielkości 17x15m. Piszę o tym, bo tak naprawdę w Australii może spotkać nie jedną tego typu atrakcję.

Choć jesteśmy w miejscowości, to i tak zachwyca nas odmienność australijskiej przyrody, dużo bardziej niż skromna architektura.

Podczas podróży naszą uwagę przyciągają lasy sosnowe. Jest to rejon, gdzie jak okiem sięgnąć rosną one posadzone jak pod sznurek. Australijskie plantacje przemysłowe drzew iglastych, głównie egzotycznej sosny to 1,03 miliona hektarów. Nic więc dziwnego, że nawet niewielki procent tej powierzchni nie umknie uwadze podróżnych.

Dzień kończymy noclegiem w Mount Gambier w The Barn Accommodation. Jesteśmy w połowie drogi do Melbourne. Pobyt w tym miejscu, w domu wśród pól, utkwił mi w pamięci ze względu na cudowny zachód słońca.

Rano wyruszamy w kierunku jednego z najbardziej znanych australijskich szlaków. The Great Ocean Road to bardzo malownicza trasa, biegnąca wzdłuż oceanu, przy której znajduje się szereg punktów widokowych. Zatrzymujemy się w tych najbardziej popularnych, oznaczonych brązowymi drogowskazami i już na wstępie powiem, że uroda tych miejsc jest bezdyskusyjna.

Pierwszy przystanek to The Grotto, malowniczo położona grota, a właściwie dziura w skale, wydrążona przez wodę.

Kolejny, London Bridge do 1990 roku był formacją skalną w kształcie mostu łączącego ląd z niewielką wysepką. Siły natury zrobiły swoje i kawałek „mostu” zawalił się. Przerwany most odciął od brzegu parę. Wszystko byłoby dobrze, ale okazało się, że para ta miała ze sobą romans pozamałżeński. Kiedy zostali przetransportowani helikopterem na stały ląd, nie udzielili wywiadu czekającym na nich reporterom, tylko czym prędzej oddalili się z miejsca zdarzenia.

Nasz ostatni przystanek to 12 Apostołów, nazywanych do lat 60 tych XX wieku „Maciorą z prosiętami”. Grupa skalnych wysepek wystaje pionowo z oceanu, niektóre ze skał są wynurzone na 45 metrów ponad wodę. Nie jest do końca pewne, czy ta formacja skalna kiedykolwiek liczyła dwanaście brył. Obecnie można zobaczyć osiem, dziewiąta zawaliła się w 2005 roku.

Jadąc w stronę Melbourne warto zatrzymać się w Kennet River, gdzie żyją koale w ich naturalnym środowisku. Nam nie udało się zobaczyć tych sympatycznych torbaczy. Droga była zamknięta ze względu na pożar. Co jakiś czas nad głowami przelatywały helikoptery z zawieszonymi na linach specjalnymi zbiornikami.

W okolicach Kennet River, zwracają uwagę plaże z ułożonymi jeden na drugim kamykami. Podobno zaczęło się od paru kamyków, a doszło do naprawdę niezłej ilości.

Przed nami Melbourne i Sydney, a potem znowu wrócimy to intrygującej australijskiej natury.

Podróż, styczeń 2016

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *