Australia

Sydney zwiedzane z niesamowitym i wyjątkowo skromnym laureatem Kolosów

Zanim napisze parę słów o tym co zobaczyliśmy w Sydney, najpierw o naszym przewodniku Michale Kozoku, który dostał nagrodę za Wyczyn Roku 2013, podróż Ameryką Południową Siłami Natury, w najważniejszym podróżniczym konkursie w Polsce, czyli Kolosach.

Michał dokonał rzeczy niebywałej: w ciągu 9,5 miesiąca przemierzył Amerykę Południową z południa na północ z Cabo Froward (Chile), aż do Punta Gallinas na kolumbijskim wybrzeżu Morza Karaibskiego (ponad 13 tys. kilometrów). Zrobił to wyłącznie siłami natury, piechotą, na rowerze, łodzią, pontonem, żaglówką. Podczas wyprawy przedzierał się z maczetą przez las tropikalny, ciągnął wózek przez Altiplano i wspinał się na sześciotysięcznik. O tej wyprawie, przygotowaniach do niej i znacznie więcej (odwiedził 144 kraje) możecie przeczytać w książce Michała „Siłami natury, czyli bez silnika przez Amerykę Południową”. Książkę czyta się wspaniale, co jest nie tylko moim odczuciem, ale też innych czytelników.

Mąż czytał. Był zafascynowany, przerażony odwagą a może i szaleństwem tego gościa. Nie mógł się oderwać od książki, bo nie mieściło mu się w głowie, że można wpadać na takie pomysły i tak ryzykować. Poleca.

Myślę, że zachęciłam Was do przeczytania książki i poznania niezwykłego, odważnego i nad wyraz skromnego człowieka jakim jest Michał, a teraz wracam do Sydney i jego uroków.

Michał przyjechał do naszego hotelu (Mariners Court Hotel), skąd razem ruszyliśmy piechotką do Finger Wharf, zlokalizowanego w dzielnicy Woolloomooloo, zabytkowego dawnego nabrzeża i terminalu pasażerskiego. Obiekt został zbudowany w latach 1910–1916 przez Sydney Harbour Trust. Ciekawostką jest fakt, że budowla jest najdłuższym nabrzeżem cembrowanym na świecie. Przez około 70 lat swojego istnienia port był miejscem głównie wywozu wełny, ale działał również jako miejsce postoju wojsk, podczas wojen światowych, a także jako miejsce przybycia nowych migrantów dążących do Australii.

Teraz jest to nie tylko przystań, ale też modny kompleks z apartamentami mieszkalnymi, hotelem i restauracjami.

Z nabrzeża, również na piechotkę kierujemy się w stronę największej ikony Sydney, czyli Opery Narodowej, droga prowadzi przez uroczy Królewski Ogród Botaniczny (Royal Botanic Garden) zajmujący powierzchnię 30 hektarów.

Otwarty w 1816 roku ogród jest najstarszą instytucją naukową w Australii oraz jednym z historycznie najważniejszych ogrodów botanicznych na świecie. Nic dziwnego, że zachwyca nas roślinnością, ptakami i formacjami skalnymi, stąd też można podziwiać najbardziej znany z widoków na Port Jackson i Operę.

Sydney Opera House to najbardziej charakterystyczny budynek w Sydney. Dzięki swojemu oryginalnemu kształtowi nie sposób pomylić go z jakimkolwiek inną konstrukcją powstałą w XX wieku.

Projekt budynku stworzył młody, duński architekt Jorn Uzton, który świetnie wpasował go w otoczenie, czyli przylądek Bennelong Point. Jego propozycja wygrała w konkursie, do którego zgłoszono 222 różne prace z 32 państw. Budowana przez 14 lat, od razu stała się symbolem Australii.  Niektórzy dopatrują się w kształtach budynku zadaszenia żagli jachtów dokujących w pobliskich portach.

Nieodłącznym elementem panoramy jest wznoszący się za budynkiem Opery Harbour Bridge, jeden z największych mostów łukowych na świecie. Od 1932 roku góruje nad Sydney. Jego rozpiętość wynosi 500 metrów. Ci, którzy nie boją się wysokości, mogą za opłatą wejść na szczyt łuku i cieszyć się pięknymi widokami.

Zanim wyruszymy na drugą stronę zatoki, przed nami najstarsza dzielnica Sydney, czyli The Rocks. To właśnie tutaj w 1788 roku wylądował kapitan Arthur Phillip. Pierwotnie The Rocks (Skały) były tradycyjnym domem Aborygenów z Gadigal, ale od 1800 roku stały się centrum handlowym nowego portu handlowego i zyskały reputację szemranych bywalców, domów publicznych i pubów. The Rocks weszły w XX wiek jako slamsy, a po wybuchu epidemii dżumy w Sydney w 1900 r. rząd podjął się ich przebudowy. W latach 70. związki zawodowe pomogły lokalnym rezydentom walczyć o prawo do uratowania The Rocks przed przebudową, która pozbawiłaby obszar pierwotnego charakteru. Dzięki tym działaniom zachowało się wiele historycznych budynków. Pierwsze domy były bardzo maleńkie, w ruinach możemy oglądać ustawione metalowe krzesła i stoły, które pozwalają nam ocenić wielkość pomieszczeń.

Wchodząc do The Rocks widzimy Cadmans Cottage, najstarszy zachowany budynek mieszkalny w Sydney i Australii. Zbudowano go w 1816 roku (na linii brzegowej) najpierw dla urzędników rządowych, potem była tu siedziba Policji Wodnej, a potem Głównego Kapitana portu.

The Rocks to urocze miejsce z wąskimi uliczkami, urokliwymi podwórzami, kafejkami i restauracjami.

Przed opuszczeniem dzielnicy zachodzimy do pubu The Hero of Waterloo. Po prostu czas odpocząć, a że jeszcze ma to miejsce w budynku z 1843 roku, który mocno otarł się o historię, to super. Można tu spotkać się z miejscowymi, porozmawiać z irlandzkim personelem baru i posłuchać zespołów swingowych, folkowych i celtyckich, ale niestety nie w porze naszego pobytu. Południe to nie jest szczyt wizyt w pubach.

Pod budynkiem znajduje się tajny tunel biegnący z piwnicy hotelu do portu, który służył do przemytu rumu i mimowolnej rekrutacji marynarzy. Podobno nieświadomy młody człowiek, który nadużył alkoholu przy barze, wpadał (zamroczony procentami) przez zapadnię do piwnicy i był wleczony przez tunel, aby obudzić się rano na pokładzie statku.

W Sydney nie brakuje terenów zielonych i parków, my trafiamy do położonego w centrum miasta Observatory Hill Park, skąd mamy bezpłatne panoramiczne widoki na Sydney Harbour i Harbour Bridge. W parku zwracamy uwagę na South African War Memorial, obelisk z piaskowca z półokrągłym kamiennym obramowaniem. Poświęcony jest żołnierzom poległym w Południowej Afryce.

W końcu docieramy do Circular Quay, tętniącego życiem portu, leżący u stóp mostu Harbour Bridge. Okrągłe Nabrzeże to punkt komunikacyjny Sydney. Z tego miejsca odpływają statki wycieczkowe, liniowce i mniejsze jednostki służące turystyce na zatoce Port Jackson. Tu jest stacja metra, stąd odchodzą autobusy i odpływają promy, wielu mieszkańców woli z nich korzystać ze względu na korki.

Przy Circular Quay możemy spotkać Aborygenów grających na didgeridoo lub sprzedających kolorowe bumerangi i robiących za pieniądze zdjęcia z turystami. Tu też możemy podziwiać z góry makietę Sydney, mając pod nogami szklaną podłogę.

Z portu wyruszamy w kierunku wschodnich dzielnic Sydney, a konkretnie na spacer Coastal Walk. Z pokładu stateczku jeszcze raz podziwiamy Operę i budynki dzielnicy biznesowej, w tym Sydney Tower z 300-metrową wieżę widokową.

Zanim wyruszymy na spacer wzdłuż oceanu, zatrzymujemy się na posiłek, trochę poza głównym deptakiem. Tam dołącza do nas żona Michała z ich synkiem. Będą nam towarzyszyć do końca naszego spotkania.

Coastal Walk, jest to 6 km ścieżka, która ciągnie się wzdłuż wybrzeża, od tętniącego życiem Bondi, aż do spokojnej plaży Coogee. Po drodze mijamy kafejki, baseny, plaże położone w uroczych zatoczkach i parki z ławeczkami dla zmęczonych całodziennym zwiedzaniem takich strudzonych wędrowców jak my.

Są też skały o wyjątkowych kolorach i strukturach, klify, naturalne baseny, fale oceanu.

A na końcu jest jeszcze malowniczo położony cmentarz Waverley z widokiem na Pacyfik.

Ten spacer to było piękne widokowo zakończenie wspólnego zwiedzania Sydney z Michałem i jego rodziną. Odprowadzają nas na pobliski przystanek i instruują, którym autobusem mamy jechać w pobliże hotelu.

Ostatni spacer po Sydney prowadzi od autobusu do hotelu i tu po prostu oglądamy życie mieszkańców i otoczenie w jakim funkcjonują.

Dzięki Michałowi w ten jeden dzień zobaczyliśmy kawał miasta, myślę, że to co najważniejsze. Poza tym poznać Michała i jego rodzinę, spędzić z nimi ten dzień, to było bardzo przyjemne spotkanie. Takich podróżników nie spotyka się na co dzień.

Podróż, styczeń 2016.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *