Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Kiedy myślę o tym kraju mam przed oczami wyjątkowo życzliwych ludzi, wspaniałe miejsca (strefy archeologiczne), które zostały po Aztekach i Majach, urokliwe miasteczka (w zasadzie Centra Historyczne) przypominające obecność Hiszpanów, cudowną przyrodę i niesamowite kolory wyrobów rękodzielniczych tworzonych przez meksykańskich twórców.

Najpierw parę słów o tym co niby wiedziałam po lekturze przewodników i blogów, ale jak się okazało nie do końca, a potem o tym co niezbyt miłe, ale bez styczności z tym problemem nie poznalibyśmy całego oblicza Meksyku.
1. Meksykanie i ich codzienne życie
Już pierwsze dni utwierdziły nas w przekonaniu, że Meksykanie to wyjątkowo życzliwi ludzie.

Ułatwili nam trudy dotarcia do hotelu w samym centrum Mexico City i to w jakim stylu. Centro Historico, pozamykane uliczki, korki i my stojący w jednokierunkowej, zablokowanej uliczce, tak blisko hotelu, a jednak daleko. Po zapytaniu stojącego przy samochodzie Meksykanina, jak dojechać możemy do hotelu, zaczęła się cała akcja. Wycofał wszystkie stojące za nami samochody z tej wąskiej uliczki na ulicę dwupasmową i powiedział, jak mamy dalej jechać. Przy jego pomocy zaoszczędziliśmy mnóstwo czasu i oczywiście nerwów.
Następnego dnia pracownik metra, wypytał nas jakie są nasze plany dotyczące zwiedzania, na tej podstawie powiedział na jaką kwotę powinniśmy doładować karty, wpuścił gratisowo za bramki, a na peronie przekazał nas innemu Meksykaninowi, który pilnował nas jak dzieci.
Będąc w Mexico City, spotkaliśmy się tradycyjnie z Polką, która mieszka tam już 30 lat. Od niej i jej syna dowiedzieliśmy się o realiach codziennego życia. Średnia pensja to 2500 MXN, wynajęcie mieszkania w stolicy to 3000 MXN + 1000 MXN media, prywatna wizyta u lekarza to 2000 MXN, pracownicy rzadko są zatrudniani na umowę o pracę, najczęściej np. o dzieło. Nie mogą więc liczyć na emeryturę.
Historyczne centra miast to przyjemne architektonicznie miejsca, nawet jeśli potrzebują renowacji.

Obrzeża miast to małe domki, o nieciekawym wyglądzie, które często pomalowane w żywe kolory wyglądają przyjemnie, ale tylko z dalszej perspektywy.

Pracujące dzieci, to częsty widok: sprzedają, noszą drewno na plecach (to w górach).

Niejednokrotnie wykonuje się pracę ponad 8 godzin dziennie, nie rzadko 7 dni w tygodniu. Potwierdzają to roboty drogowe prowadzone w soboty i niedziele (oczywiście w meksykańskim tempie) oraz sklepy czynne nawet w święta (tak było 1 listopada).
Nie będę komentować wysokości zarobków, ludzie muszą po prostu kombinować aby żyć. Oczywiście mówimy tu o pensji średniej, są tacy którzy zarabiają wielokrotności tej kwoty.
2. Poruszanie się samochodem
Pierwsza i to bardzo ważna informacja dla tych co zwiedzają Meksyk samochodem. Na jezdniach, w zasadzie w każdym mijanym miasteczku i trochę na autostradach spotkamy tzw. tope, reductory i vibradory jest to nic innego tylko nasze progi zwalniające. O tym wiedziałam już w Polsce, ale że będzie ich taka różnorodność, od małych, po duże (szorowanie podwoziem wiele razy przy prawie zerowej prędkości), od ciągłych po punktowe, od pojedynczych po wielokrotne, to już nie do końca miałam wyobrażenie. Największe spowolnienie jakie się nam przytrafiło (w Acapulco) to 10 różnej wielkości garbów na długości chyba 100 – 200 m. Inną ciekawostką są „samowole budowlane” czyli garby usypane z ziemi, w górskich wioskach, na głównych drogach. Robione są wtedy, gdy mieszkańcy uznają, że zbyt szybko jadące samochody stanowią dla nich zagrożenie. Przed wieloma progami trzeba po prostu zatrzymać się aby przejechać, zdarzają się też progi nieoznaczone. Mieszkańcy Meksyku przed przejechaniem progu włączają światła awaryjne, co jest sporą pomocą, gdy przegapi się znak.
Nie wskazane jest podróżowanie nocą, gdyż meksykańskie reductory, to ogromna pomoc dla złodziei, którzy napadają na samochody zwalniające na progach.
Wyruszając w dłuższą podróż warto mieć pełen bak. W miastach stacji paliwowych jest naprawdę dużo, poza nimi trzeba czasami przejechać setki kilometrów, aby mieć możliwość ponownego tankowania, szczególnie gdy wybierze się drogi płatne. W górach bardzo często przy drodze można kupić paliwo z plastikowych pojemników.
W Meksyku jest bardzo dużo dróg, które pozwalają na podróż drogą płatną lub nie (cuota/libre). Ceny tych płatnych są różne, w większości są to jednak spore kwoty (najdroższe ponad 200 MXN). Na autostradach płatnych często przez wiele kilometrów nie spotyka się innych samochodów i co ważne rzadkością są progi zwalniające.
W miastach warto zwrócić uwagę na inne oznakowania, na przykład znak stopu (Alto 1×1) przypomina on o jeździe na suwak, poza tym inne jest oznaczenie ulic jednokierunkowych. Nie ma w meksykańskich miastach znaków drogowych informujących o tym fakcie (często nie ma miejsca aby taki znak postawić). Trzeba patrzeć na nazwę ulicy umieszczoną na budynku, pod którą znajduje się strzałka informująca o kierunku ruchu. Zdarzyło nam się parę razy jechać pod prąd, ale ani kierowcy, a jeszcze mniej policjanci nie bulwersowali się tą sytuacją.

Generalnie kierowcy są sobie pomocni, nie denerwują się, zdarza się, że przejadą jak jest pusto na czerwonym świetle, nikogo to nie oburza. Piesi nie mają osobnej sygnalizacji świetlnej. Muszą obserwować światła jakie zapalają się dla zmotoryzowanych.
3. Bezpieczeństwo
Podczas swoich podróży, nie spotkałam kraju takiego jak Meksyk, jeśli chodzi o policję i wojsko. Tyle policji nie widziałam nigdzie, wszelkiego rodzaju, miejska, stanowa, turystyczna i Bóg wie jaka, z długą bronią i samochodami z orurowaniem z przodu. Jedynie policja w Campeche poruszała się sympatycznymi samochodzikami i była bez długiej broni.

Zwężenia na drogach do jednego pasa, zaglądanie do samochodu, zatrzymywanie w celu szukania narkotyków i broni towarzyszyło nam przez cały czas pobytu i dawało poczucie bezpieczeństwa. Czuliśmy się super bezpiecznie do 16 dnia podróży. Przez ten czas na wszystkich punktach kontrolnych (a było ich nie mało) policjanci machali nam z uśmiechem ręką i przepuszczali dalej, aż w końcu nas zatrzymano i chciano od nas łapówkę za puszkę piwa w środku samochodu. Policjant nie miał przyjemnej aparycji, poza tym ciemne okulary i długa broń potęgowały to nieprzyjemne uczucie. Nie czuliśmy strachu, raczej duży dyskomfort i niesmak. Niestety meksykańska policja jest skorumpowana.
Jeszcze przed wylotem do Polski na lotnisku w Mexico City rozmawialiśmy z Polakami, którzy budują przy granicy ze Stanami fabrykę i jeden z nich również został zatrzymany przez policję, która wmawiała mu, że fotoradar zrobił mu zdjęcie na lotnisku i musi uiścić mandat o wartości ponad 8000 MXN.
Przed wyjazdem czytałam, że jak ktoś kradnie Ci torebkę, to policjant odwraca się tyłem i udaje, że nie widzi i generalnie zwracanie się do nich o pomoc nic nie da. Na szczęście nie doświadczyłam tego przypadku na sobie.
Zupełnie inaczej wyglądało zatrzymanie następnego dnia przez wojsko (również z długą bronią), było to krótkie sprawdzenie dokumentów jednej osoby i tyle.
Te zatrzymania, które nam się przytrafiły były chyba po to, aby nasz obraz Meksyku nie był tak cukierkowy. Niestety informacje o masakrach, wymianie ognia, walce z kartelami narkotykowymi to są całkiem częste informacje w mediach.
4. Meksykańskie jedzenie
Wysłuchałam dużo zachwytów na temat meksykańskiej kuchni, przeczytałam bardzo interesującą książkę Susany Mrożek Meksyk od kuchni. Od Azteków do Adelity (bardzo polecam) i nic, nie było wielkiej ekscytacji. Chyba tylko dwa lub trzy razy trafiła mi się typowa meksykańska potrawa, która mi naprawdę smakowała.

Chociaż nie jestem wielką miłośniczką mięsa, to muszę przyznać, że potrafią je robić, więc polecam je na równi z rybami i owocami morza.

Sławny sos mole (czekoladowy) był smaczny, więcej o nim będzie we wpisie z Oaxaca, które jest wpisane na listę UNESCO ze względu na jedzenie. Nie zawiodły guacamole (uwielbiam je) i owoce, za to czarna fasola wszechobecna jest w zasadzie tylko w postaci pasty, raz lepiej, raz gorzej dosmaczonej. Po wizycie w wytwórni Mezcala i zobaczeniu całego procesu produkcji, doceniłam słodycz agawy, dymowy posmak i zapach, a także brak chemii, czyli naturalny proces powstawania.
Jeśli chodzi o mało procentowe napoje to w całym Meksyku króluje Michelada. Jest to nic innego jak orzeźwiający napój na bazie piwa, zwanego w Meksyku chelada. Sposoby podania są wszelakie. Podstawą napoju jest clamato, które w składzie zawiera sok z pomidorów i salsę, ale możemy spotkać też michelady wzbogacone sokiem z limonki, maggi, worcesterhire i tabasco. Brzeg kufla tak jak przy maragricie otoczony jest solą lub solą z papryką. Łagodniejszą wersją jest Michelada sin clamato, czyli piwo z sokiem z limonki i soli morskiej.


Mi smakują obie wersje, choć większość cudzoziemców woli zdecydowanie wersję z limonką.
Najczęściej spotykanym starterem/przekąską są orzeszki ziemne i koniki polne skropione sokiem z limonki.

Kończąc te ogólne refleksje po odbytej wyprawie, muszę powiedzieć, że chyba po raz pierwszy odkąd podróżuję, nie zawiodłam się na tych cudach przyrody, które inni opisywali jako wielkie wow.



Wyjechałam z Meksyku bogatsza o niezwykle ciekawą historię Azteków, Majów, byłych kolonizatorów, wszyscy oni zostawili po sobie niezwykłe miejsca.

Różnorodna przyroda zachwyca, jest wyjątkowa, do tego mili ludzie, cudowne, kolorowe rękodzieło i wyjątkowy Dia del Muertos (Dzień Zmarłych), to właśnie te elementy pozwalają mówić Mexico Magico.



Szczegóły tej magicznej wyprawy (ponad 5300 km) w kolejnych wpisach, zapraszam do czytania.
Podróż, listopad 2019.

One Response
Wspaniałe miejsca! no i ładnie opisane 🙂