Dzielnica Coyoacan
Dzień drugi zaczynamy wizytą w dzielnicy Coyoacan. Kolorowa „Dzielnica Kojotów” jest kolorowa nie tylko za sprawą mieszkających tu artystów i Muzeum Fridy Kahlo, ale też za sprawą okresu jakim jest Święto Zmarłych, niesamowicie barwnie obchodzonego w Meksyku. Zanim dotrzemy ze stacji metra do muzeum Fridy, idziemy sympatycznymi uliczkami (do połowy drogi odprowadza nas bardzo miła Meksykanka), mijamy uroczy kościółek i zupełnie przypadkowo trafiamy na dziedziniec byłej hiszpańskiej hacjendy.

Zachęcają nas do tego Catriny, gotowe już kolorowe ofrendy, czyli ołtarzyki poświęcone zmarłym, z ogromna ilością znanych i u nas pomarańczowych aksamitek inaczej zwanych byczkami.


Przecinamy Plaza Hidalgo, który jest sercem tej artystycznej dzielnicy. Podczas naszego pobytu plac, park i okoliczne domy pięknie ozdobione oczekują na wydarzenia związane z Dia del Muertos.



Plac graniczy z kościołem i byłym klasztorem San Juan Bautista będącym jedną z trzech najstarszych świątyń w Meksyku. Mnisi zbudowali w ciągu 30 lat (1522–1552) klasztor, świątynię i ogród, który zajmował powierzchnię prawie 20 000 m2. Kompleks przechodził różne zawirowania przez ponad cztery wieki, kościół został odbudowany w 1804 roku, a obecny wygląd to efekt przebudowy w latach 1926–1947. Zaglądamy tylko do kościoła, wewnątrz barok, ale zewnętrzna kondycja kompleksu nie zapowiada tak pięknego środka. Zgodnie z legendą: „Nie ma tu nic więcej niż dom Boży i brama niebios”.

Zanim dotrzemy do clou naszej dzisiejszej wyprawy, zatrzymamy się w słynnej kawiarni Café El Jarocho założonej w 1953 roku. Firma ma chyba 9 kawiarni, ale najpopularniejszą jest pierwsza kawiarnia otwarta właśnie w Coyacan. Bez krzeseł i stołów, ale z długą kolejką klientów. Miejscowi i turyści piją kawę stojąc na ulicy lub siedząc na ławkach ustawionych na chodniku. Nie mogliśmy sobie odmówić przystanku w tak słynnym miejscu.

Muzeum Fridy Kahlo
Pobudzeni kawą dochodzimy do niebieskiego domu, czyli muzeum Fridy Kahlo. Przed budynkiem kłębi się tłum chętnych wejść do środku. U nas duży spokój, jeszcze w Polsce kupiliśmy bilety na konkretną godzinę, dla nas jest osobna niewielka kolejka.

Zastanawiam się czy przejść od razu do opisu muzeum i moich wrażeniach, myślę jednak, że parę słów o głównej bohaterce nie zaszkodzi, tym bardziej, że jej życie było bardzo burzliwe i ciekawe.
Frida Kahlo, córka niemieckiego fotografa Guillermo Kahlo oraz meksykanki Matilde Calderón, w wieku 6 lat zachorowała na polio, czego efektem był defekt nogi. Jakby tego było mało, w wieku 18 lat uczestniczyła w wypadku drogowym. W wiozący ją i jej pierwszą szkolną miłość autobus, wjechał rozpędzony tramwaj. Frida doznała złamania kości i kręgosłupa, a metalowa barierka przebiła jej macicę. Po wielomiesięcznej walce o życie (30 operacji) i rehabilitacji Frida postanowiła oddać się malarstwu. Porzuciła studia medyczne, bo to malarstwo przyniosło jej ukojenie, stało się dla niej ucieczką od bólu i cierpienia. To cierpienie widać zresztą w jej twórczości, dodatkowo to właśnie jej twórczość doprowadziła do spotkania, a potem ślubu z Diegą Rivera, znanym malarzem fresków.

Życie z Diego nie było usłane różami. Frida za wszelką cenę chciała zajść w ciążę, aby urodzić mężowi wymarzone dziecko. Niestety, trzykrotne próby skończyły się poronieniem i głęboką depresją. Diego wielokrotnie zdradzał żonę również z jej młodszą siostrą. Uważał, że poślubiając Fridę ma prawo do wszystkich jej sióstr. Po 13 latach burzliwego związku nastąpił rozwód artystów. Depresyjny związek znalazł odbicie w jej mrocznych i wstrząsających obrazach. Na pewno miało też na to wpływ uzależnienie od alkoholu i środków przeciwbólowych.

Artyści dali sobie drugą szansę, wrócili do siebie, zawierając ponowne, bardzo otwarte małżeństwo. Frida mieszkała w swoim “Niebieskim Domu”, Diego zaś w swoim San Angel. Ten powrót nie był jednak dobrym pomysłem. Diego nadal zdradzał żonę, a ona pogłębiała się w depresji. Kolejne poważne operacje kręgosłupa, a także amputacja nogi, zamieniły Fridę w strzęp człowieka. Cierpiała przez niewierność męża i ból fizyczny. Jest prawdopodobne, że artystka popełniła samobójstwo. Kilka dni przed śmiercią napisała w swoim dzienniku: “Ufam, że odejdę bez żalu i że już tu więcej nie wrócę – Frida”. Jej ostatnim przesłaniem było dopisane na obrazie przedstawiającym arbuzy, „Viva la vida” (niech żyje życie).

Niebieski Dom został muzeum w 1958 roku, rok po śmierci Diego Rivery i 4 lata po śmierci Fridy. W “Casa Azul” znajdziemy nie tylko autentyczne obrazy artystki, ale też osobiste przedmioty: tradycyjną meksykańską garderobę, kolorowe gorsety, fotografie, bibliotekę.

Duże wrażenie zrobiły na mnie gorsety ortopedyczne, piękne buty korekcyjne, te eksponaty pozwalały „dotknąć” fizycznego bólu artystki.
Zwiedzać możemy cały dom, między innymi kuchnię, w której gotowała, sypialnię i pracownię, w której tworzyła.

W muzeum znajduje się 10 pokojów, spacerując po nich, w dodatku pokonując obecne tam schody, myślałam, że jest to wyjątkowo duży, niekoniecznie wygodny dom dla samotnej, schorowanej osoby. Bez pomocy nie byłaby w stanie w nim funkcjonować, ale tak właśnie wyglądały hacjendy. Skoro hacjenda, to nie mogło zabraknąć dużego patio i ogrodu, uroczych miejsc na chwilę odpoczynku i refleksję choćby o sztuce Fridy.

Podczas zwiedzania przeszkadza trochę ilość zwiedzających, ale jak pokazuje kolejka przed wejściem do muzeum, chętnych zobaczyć niebieski dom i jego wnętrza jest sporo.
Na pewno warto odwiedzić to miejsce i poczuć klimat (a jest wyczuwalny), gdzie tworzyła Frida Kahlo.

Narodowe Muzeum Antropologiczne.
Tyle doznanych wrażeń, a przed nami jeszcze jeden cel, Muzeum Antropologiczne. Docieramy metrem do lasu Chapultepec (Wzgórze koników polnych) gdzie znajdują się stawy, parę pomników, zoo, ścieżki rowerowe, trasy dla biegaczy, targowisko, jedyny XIX wieczny zamek na kontynencie amerykańskim, będący pierwotnie wojskową akademią, potem bastionem obrońców Meksyku w czasie wojny z USA, siedzibą cesarza Maksymiliana Habsburga i meksykańskich prezydentów do 1940 roku.

Nas jednak interesuje najbardziej, Narodowe Muzeum Antropologiczne. Kolejka do kasy jest spora (myślałam, że będzie gorzej), ale bardzo sprawnie się posuwa, cena biletu to 75 MXN/osobę.
Muzeum zaprojektowane przez Pedro Ramírez Vázquez’a oddano do użytku w roku 1964, a inspiracją projektu były podobno ruiny twierdzy Majów w Uxmal. Kompleks ma ciekawą architekturę, już po przekroczeniu holu zwraca uwagę ogromna fontanna el Paraguas (Parasol) wsparta na brązowej, rzeźbionej kolumnie, ocieniająca patio. Ryciny kolumny przedstawiają integrację rdzennej ludności i hiszpańskich zdobywców (Wschód), meksykańską ekspansję na świat (Zachód) i walkę Meksyku o uzyskanie wolności (północ i południe).

Muzeum jest ogromne, zbiory to 8000 eksponatów, zgromadzone w 23 salach, trzeba paru dni, żeby w miarę dokładnie obejrzeć to co zgromadziło, ale tak jak w innych sławnych, dużych muzeach, jeśli ma się tylko pół dnia, trzeba wybrać to co najcenniejsze lub co nas najbardziej interesuje.
Kierunek zwiedzania wyznaczono wokół dziedzińca, w przeciwną stronę do ruchu wskazówek zegara. Muzeum mieści się na dwóch poziomach, na parterze znajdują się sale wprowadzające w antropologię, początki człowieka w Mezoameryce. Kolejne sale to ekspozycje dedykowane starożytnym cywilizacjom zamieszkującym te rejony: Teotihuacan, Toltekom, Mexicas (Aztecy), Oaxaca (Mistekowie i Zapotecy) i oczywiście Majom. Muzeum otoczone jest przez ogrody, można wejść do nich z niektórych pomieszczeń i tam również oglądać cześć eksponatów.

Na mnie największe wrażenie robią sale poświęcone starożytnym cywilizacjom. Kamień Słońca czyli dwudziestopięciotonowy kalendarz Aztecki, Głowy Olmeckie czyli gigantyczne rzeźby, Ocelotl-Cuauhxicalli czyli jaguar z zagłębieniem na grzbiecie, gdzie umieszczano serca ludzi składanych w ofierze, to tylko zapowiedź tego co można zobaczyć.



Warto wiedzieć, że kultura Olmeków (1500 r. p.n.e.) uważana jest za jądro, z którego wywodzą się późniejsze cywilizacje.
W sali dedykowanej Teotihuacan (pierwszemu wielkiemu miastu), umieszczono naturalnej wielkości kopię części Świątyni Quetzalcoatla, to także robi wrażenie.

Zwiedzanie Teotihuacan już za nami, pozostałe cuda prekolumbijskie przed nami, a eksponaty pokazane w muzeum zapowiadają, że powinny zrobić na nas duże wrażenie.
Na drugim poziomie muzeum, możemy podziwiać kolekcje przedmiotów etnograficznych i codzienne życie rdzennej ludności Meksyku. W odtworzonych domostwach można dostrzec ceramikę, kosze, pióra, tkane artefakty, tradycyjne stroje i wiele innych przedmiotów. Te widoki również zapowiadają, że przed nami niezwykle interesujący ludzie, ich rzemiosło, kuchnia i tradycje.

Na centralnym dziedzińcu oprócz ogromnej fontanny, zwraca uwagę brązowa, rzeźbiona muszla, zwana „The Sun of the Wind”, której zadaniem jest symulacja dźwięków wydawanych przez prehiszpańskie instrumenty muzyczne, kiedy przechodzą przez nią podmuchy wiatru. Co ja mogę o tych dźwiękach powiedzieć? Nic, było bezwietrznie.

Obeszliśmy dwa poziomy muzeum, to podobno spacer długości 5,5km. Jestem gotowa uwierzyć, bo zaczynamy czuć zmęczenie, no ale mamy za sobą dwa muzea i co ważniejsze oba było warto odwiedzić.
Narodowe Muzeum Antropologiczne to wspaniała lekcja historii, to co osiągnęły ludy prekolumbijskie, czyli ich rozbudowana sztuka, osiągnięcia astronomiczne, odkrycia, w tym między innymi czekolada jest niezaprzeczalne. Kończąc wątek czekolady dodam, że archeologowie wskazują, iż pita była na terenie dzisiejszego Meksyku 2000 lat przed naszą erą, aczkolwiek dostępna była tylko wyższym warstwom społecznym.
Jeśli chodzi o zwiedzanie to by było na tyle, ale przecież potrzeba coś dla ciała po tak wyczerpującym dniu. Decydujemy się na odwiedzenie ulicy Bolivar, zlokalizowanej niedaleko naszego hotelu, bo właśnie na niej znajdują się legendarne meksykańskie bary tzw. cantiny. Co prawda wybrane były inne, ale ostatecznie trafiliśmy do Portales de Tlaquepaque, kantyny działającej od 1960 roku, jednej z najstarszych w Mexico City.

Wita nas miłe wnętrze z barem, przy którym serwują mocniejsze napoje i stolikami, przy których siedzi sporo miejscowych. Atmosfera jest bardzo przyjemna, w tle muzyczna różnorodność od The Beatles i amerykańskich standardów po rock w języku hiszpańskim. Kelnerka jest niesamowicie miła, doradza jakie dania zamówić, co warto wypić. Przy stolikach obok panowie pijący piwo Corona z litrowych lub większych butelek, a czytałam na jakimś blogu, że oni tego nie piją, że maja dużo innych lepszych marek, hmm. Posiłek kończymy kieliszkiem Mezcala. Jeszcze wtedy nie byłam zwolennikiem tego trunku, wszystko zmieniła wizyta w wytwórni mezcala. Jedzenie i atmosfera kantyny, a do tego przystępne ceny, warte są spędzenia wieczoru w tym miejscu.
Podróż, listopad 2019.
