Parę ładnych lat temu zobaczyłam w telewizji program o Oaxaca (czyt. Łahaka) i jego okolicach. To był bardzo silny bodziec, żeby odwiedzić Meksyk, który ciągle za mną chodził. Kiedy decyzja zapadła, Oaxaca musiała znaleźć się jako jeden z celów podróży.
Już sam Hotel Casa de la Tia Tere, usytuowany w historycznym centrum wprowadza nas w dobry nastrój.



Po krótkim wypoczynku wyruszamy nacieszyć się atmosferą miasta, w którym urodził się ważny i szanowany prezydent Meksyku, Benito Juarez. Od niego pochodzi pełna nazwa miasta Oaxaca de Juarez.

W Oaxaca znajduje się kilka wspaniałych kościołów i katedr, do których po prostu trzeba wejść, spacerując po uroczych ulicach miasta. Jeśli nie mamy zbyt dużo czasu na odwiedzenie ich, to wystarczy ograniczyć się do Templo de Santo Domingo. Świątynia, zbudowana w klasztornym kompleksie, przeżyła kilka trzęsień ziemi, a także wstrząsów politycznych. Zwłaszcza podczas wojen i ruchów antyreligijnych w XIX w., kiedy służyła jako stajnia i magazyn, a także w okresie rewolucji 1910 – 1916, kiedy, podobnie jak klasztor, została zamknięta, ale nie ograbiona. Obecnie kompleks klasztorny to Centrum Kulturalne.

Kościół Św. Dominika uznawany jest za jeden z piękniejszych w Meksyku, jest imponujący zarówno z zewnątrz jak i w środku, a to za sprawą wnętrza bogatego w złoto i kaplicy różańcowej z wizerunkiem Matki Boskiej w otoczeniu świętych. Zwróćcie uwagę na godziny otwarcia, wnętrze kościoła nie jest dostępne do zwiedzania cały dzień.



Idąc uliczkami w stronę Rynku, podziwiamy kolorowe budynki ciekawie przyozdobione, część ciągle jeszcze inspirowana niedawnym Świętem Zmarłych. Po drodze mijamy wiele sklepików i restauracji umieszczonych nie tylko przy ulicy, ale i w patiach.

Zocalo założone w 1529 r. przez Hiszpanów, to zacieniony park tętniący życiem, z wieloma wózkami pucybutów, otoczony budynkami z arkadami, w których mieszczą się kafejki, restauracje i stoiska z rękodziełem.

Naczytałam się tyle zachwytów na temat dwóch sąsiadujących ze sobą rynków: targu Benito Juarez i targu 20 de Noviembre, usytuowanych niedaleko Zocalo, twierdzących, że podróż do Oaxaca nie mogłaby obyć się bez ich odwiedzenia. Można tu znaleźć prawie wszystko, od kwiatów, zabawek, mięsa, czekolady, mezcala, ubrań, ziół, po lokalne rzemiosło i oczywiście kobiety sprzedające smażone koniki polne. To wszystko się zgadza, można tu zjeść i zaopatrzyć się w upominki z Meksyku. Miejscowych tu nie brakowało, ale zbyt dużo turystów odbierało temu miejscu autentyczność, szczególnie w części z rzemiosłem. Lokalny meksykański targ zobaczyliśmy zupełnie przypadkowo następnego dnia, w wiosce Teotitllan de Vale.

Do Oaxaci przyciągnął mnie też fakt, że ten region jest w gronie nielicznych w Meksyku wpisanych na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO, ze względu na jedzenie, które jest oparte o odkryciach Mezoameryki. Nie wiem czy wiecie, ale czekolada to wynalazek, który wywodzi się właśnie z Meksyku. Czekoladowy napój był znany w Mezoameryce 2000 lat przed naszą erą. Czekolada nie była napojem wszechobecnym, stać na nią było tylko wyższe warstwy społeczne, ponadto używano ją w czynnościach rytualnych. Nasion kakao używano jako środka płatniczego.
Chyba nie jesteśmy zbyt wymagający, bo pomimo przeczytanych wielu informacji na temat, gdzie zjeść, wybieramy knajpkę przy Zocalo (z zielonymi obrusami), gdzie siedzi sporo Meksykanów.

Zamawiamy tradycyjne, regionalne potrawy. Musi być coś koniecznie z sosem mole, którego przygotowanie zajmuje prawie cały dzień. Oaxaca jest najbardziej znana z siedmiu klasycznych odmian mola, gęstego sosu ze złożonej kombinacji około 20 różnych składników, od pikantnych chili, z którymi kontrastuje słodycz czekolady, ale nie ma przytłaczającej obecności żadnego z nich.
Zamawiamy tlayudas, czyli duże tortille wypełnione pastą z fasoli, quesillo (ser Oaxacan), sałatą i awokado. Grillowane na otwartym węglu uzyskują lekką i chrupiącą konsystencję. Na naszym placku podane jest danie również bardzo charakterystyczne dla tego regionu, to tasajo, suszona wołowina, która smakuje jak skrzyżowanie niezbyt słonej suszonej wołowiny i steku. Zamawiamy też tamales, czyli nic innego jak papkę kukurydzianą z mięsem lub fasolą owiniętą w liście.

Jako starter dostajemy orzeszki ziemne i smażone chapulines, koniki polne skropione sokiem z limonki. Smakują trochę jak chipsy i idealnie komponują się z piwem lub mezcalem.

Tym samym wywołałam temat mezcala, ale postanowiłam, że o tym trunku, którego stałam się fanką (tequila nie ma szans) będzie oddzielny wpis.

Na koniec myślę, że jestem winna chociaż jedno zdanie podsumowania na temat regionalnego jedzenia Oaxaci i okolic, skoro zostało tak docenione przez UNESCO. Jak pisałam w pierwszym wpisie o Meksyku, oprócz paru potraw nie zachwyciłam się nim tak bardzo, doceniam za to tradycję, która przetrwała tysiące lat. Byłam przygotowana na te smaki po przeczytaniu książki napisanej przez żonę Sławomira Mrożka, Susanę Mrożek Meksyk od kuchni. Od Azteków do Adelity. Polecam przeczytać przed wyjazdem do Meksyku.

Jedzenie, architektura to nie wszystko co oferuje ten region. Kwitnie tu rękodzieło wszelkiego typu. Najbardziej rozpoznawalnym w Meksyku i na świecie są alebrijes. Co znaczy ta dziwna nazwa? Otóż są to drewniane stwory, których pierwowzór ukazał się we śnie Pedro Linares López. W 1936 roku Pedro ciężko zachorował, przez parę dni znajdował się na pograniczu jawy i snu. To wtedy ukazały mu się dziwne zwierzęta, pies z głową kota, lew ze skrzydłami itp. Wszystkie głośno powtarzały jedno słowo, alebrijes. Dźwięk był tak głośny, że Linares uciekał przed nim i wtedy spotkał człowieka, który powiedział: jeszcze nie powinieneś być w tym miejscu i wskazał mu drogę do wyjścia. Po przebudzeniu poczuł się zdrowy i natychmiast (ponieważ parał się rzeźbiarstwem), zaczął tworzyć postacie ze snu i malować je w bajeczne kolory, które widział w swoim sennym marzeniu.
W 1990 roku Pedro otrzymał Meksykańską Narodową Nagrodę Nauki i Sztuki za stworzenie alebrijes i swoje artystyczne dokonania. Alebrijes są popularne w całym Meksyku, jednak obecnie najwięcej tworzy się ich w rejonie Oaxaca. Idąc ulicą z daleka widać sklepy ozdobione dużych rozmiarów alebrijes. To właśnie miedzy innymi w stanie Oaxaca Anna Orska tworzyła kolekcję biżuterii Meksyk.

Nie mogłam sobie odmówić kupienia takiego stwora (nie z tego świata) na pamiątkę.
Podróż, listopad 2019.
