Nadanie Pułtuskowi przydomka kosmiczne jest nie bez kozery, a wśród poszukiwaczy meteorytów nie powinno budzić najmniejszego zdziwienia.
Największy na Ziemi deszcz meteorytów
30 stycznia 1868 roku w okolicach Pułtuska spadł najobfitszy, zarejestrowany w dziejach Ziemi deszcz gwiezdnych kamieni, który otrzymał nazwę po tym właśnie mieście. Oficjalnie mówi się o 70 tysiącach meteorytów, choć istnieją przypuszczenia, iż ich liczba jest znacznie wyższa, nawet 200 tysięcy.
Wieczorem nad miastem pojawiła się na niebie jaśniejsza od Księżyca kula ognia ciągnąca za sobą białą smugę. W chwili, gdy światło zgasło, kula eksplodowała wydając potężny huk przypominający wystrzały karabinów i detonację bomb, słyszany był aż w Warszawie. Po nim runął na ziemię ogromny deszcz kamieni.
Znalezione w okolicy Pułtuska meteoryty zasiliły kolekcje muzealne na całym świecie. Największy okaz, ważący 9095 gramów, znajduje się w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie.
Oczywiście niektóre odłamki można podziwiać w pułtuskim Muzeum Regionalnym, mieszczącym się w ceglanej wieży ratuszowej z XV wieku, usytuowanej na środku rynku.

Miłośnicy astronomii, a szczególnie łowcy meteorytów wciąż mają nadzieję (uważam, że uzasadnioną), na nowe odkrycia gwiezdnych kamieni.
Napoleon Bonaparte
Największy deszcz meteorytów na Ziemi, to nie jedyna rzecz z dalekiej historii, która wydarzyła się w Pułtusku. Stoczona w 1806 roku bitwa pod Pułtuskiem, między wojskami francuskimi i rosyjskimi upamiętniona została na Łuku Triumfalnym oraz w jednej z kaplic paryskiego kościoła Inwalidów. Będąc w Paryżu poszukajmy na tych zabytkach, znano brzmiącej nazwy Pułtusk.
Na jednej z kamieniczek przy pułtuskim rynku, znajdziemy tabliczkę informującą, że w tym budynku po rozegranej bitwie pod Pułtuskiem – przebywał sam cesarz Francuzów Napoleon Bonaparte.

Rynek i jego atrakcje
Wracając do praktycznych spraw naszej jednodniowej wyprawy do Pułtuska, warto wiedzieć, że najdłuższy brukowany rynek w Europie (400 m) znajdujący się w tym mieście to też parking. Najprościej jest więc zaparkować na rynku i stąd ruszyć na zwiedzanie, jest to niezwykle wygodne.

Bazylika Mniejsza
Zwiedzanie zaczynamy od Bazylice Mniejszej. Jadąc do Pułtuska wiedziałam, że na suficie kościoła znajduje się prawdziwa perełka tzw. sklepienie pułtuskie (termin ten wszedł na stałe do historii sztuki), czyli ogromna dekoracja kasetonowa o roślinno-ornamentalnym charakterze, największa tego typu w kraju. Renesansowe polichromie autorstwa weneckiego architekta Jana Baptysty odkryto przypadkiem, podczas remontu w 1994 roku. Ocalono je dzięki zamalowaniu, co podczas czasów powojennych było częstą praktyką pozwalająca na ocalenie wyjątkowych dzieł.
Nasuwa mi się teraz taka krótka dygresja, że Pułtusk ma szczęście do przedrostków naj, to już trzeci w dopiero co zaczętym wpisie.
Już dawno nie byłam w kościele, który zrobiłby na mnie takie wrażenie, oprócz pięknego sufitu kolegiata ma godny uwagi barokowy ołtarz główny,14 ołtarzy bocznych i ambonę w kształcie łodzi.
Mieliśmy szczęście odwiedzić ją w niedzielę (podczas mszy pięknie oświetloną), w dni powszednie jak większość kościołów jest po prostu zamknięta. Tuż przy kolegiacie uwagę zwraca masywna, klasycystyczna dzwonnica.


Wychodząc z kolegiaty, ruszamy na spacer przez naprawdę robiący wrażenie swoją długością rynek, na końcu którego znajduje się zamek, ale zanim tam dotrzemy uwagę przyciąga ponad 30 metrowa ceglana wieża ratuszowa z XV wieku, pozostałość po dawnej siedzibie władz i stojący tuż obok obecny budynek ratusza.

Krzysztof Klenczon
Na końcu rynku znajduje się nieczynna jeszcze fontanna, a przy niej ławeczka Krzysztofa Klenczona. Tak jak robiąca zdjęcia na ławeczce rodzina, tak i ja nie mogłam odmówić sobie naciśnięcia guziczka i posłuchania piosenki w wykonaniu artysty „Gdy kiedyś znów, zawołam Cię, zawołam Cię z daleka, odpowie mi gasnący dzień, że dawno już nie czekasz”.
Pułtusk to miejsce urodzenia Krzysztofa Klenczona, który spędził tutaj rok swojego życia. Uciekając przed okupantem, rodzina Klenczonów wyjechała na wieś, potem do Ostrołęki, aby ostatecznie zamieszkać w Szczytnie.
Od 2015 roku w pułtuskim amfiteatrze, imienia Krzysztofa Klenczona, usytuowanym w zamkowym parku odbywa się dedykowany mu festiwal. Przy rynku na jednej z kamieniczek znajduje się tablica upamiętniająca miejsce, gdzie mieszkał kompozytor.


Zanim wejdziemy na teren zamku, uwagę przyciąga malutka kaplica pw. świętej Marii Magdaleny, popularnie zwaną Magdalenką.

Zamek
Teraz już nic ciekawego nie stoi na przeszkodzie, aby zwiedzić niegdysiejszą rezydencję biskupów płockich. Usytuowana jest na wzgórzu, nad brzegiem Narwi, prowadzi do niej arkadowy most zwieńczony dwiema basztami.

XIV wieczny zamek przechodził różne koleje, ale to nic dziwnego, bo losy historii obejmowały go jak wszystko wokół. Tak jak sam Pułtusk budynek był niszczony przez bitwy, powodzie i pożary, zawsze jednak udało się go uratować lub odbudować.

Kolejna ciekawostka związana z miastem i Napoleonem, a dodatkowo z zamkiem, dotyczy jego wizyty w nim. Po bitwie do Pułtuska przybył cesarz Napoleon I, aby z okna zamkowego obserwować przez lunetę kolumnę wycofujących się Rosjan, był wściekły, że nie udało się ich rozbić i zakończyć wojny.
Co do historii zamku, to w ręce świeckie przeszedł w 1866 roku, kiedy to władze rosyjskie odebrały go biskupom. Potem mieścił się w nim szpital wojskowy, a od 1918 do 1974 roku budowla stała się siedzibą władz powiatowych. W okresie okupacji urzędowali tu Niemcy.
W 1974 roku władze polskie postanowiły przekształcić zamek w Dom Polonii i hotel. Obecnie bryła zamku ma kształt niesymetrycznej, złożonej z siedmiu segmentów podkowy.



Ponieważ niedziela, to był drugi dzień, kiedy po długim zamknięciu ruszyły ogródki restauracyjne, nie mogliśmy sobie domówić kawy i czegoś słodkiego na dziedzińcu zamku.

Rynek wraz z zamkiem tworzy wyspę, którą okalają rozwidlenia Narwi. Warto zejść z zamkowego wzgórza wprost do portu w Pułtusku (najlepiej przez kwitnący park) i wybrać się na rejs statkiem lub wynająć kajak.

Świetny też jest spacer po nadnarwiańskich wałach przeciwpowodziowych lub po ścieżkach wzdłuż kanałów, który zawsze czymś nas zaskoczy i nie będą to tylko piękne okoliczności przyrody.
Na ścieżce przy ulicy Stanisława Staszica naszą uwagę przyciągnął mostek z trzema sercami z kłódek. Tuż przy nim znajduje się niecodzienna ławeczka z dwoma sercami.

W sezonie po kanałach można popływać gondolą, stąd też funkcjonujący przydomek miasta „Wenecja Mazowsza”.

Wizytę w Pułtusku kończymy w lodziarni, tam gdzie kręcą się ludzie, tam i my. Wybieramy lody na rynku, w Bosko. Co mogę powiedzieć oprócz tego, że porcje ogromne, tylko tyle, że czuliśmy się bosko jedząc te lody. Tak duże porcje i równie dobre lody (które zostały mi w pamięci,) jadłam w Hotelu del Coronado.

Polecam Pułtusk na krótki wypad, miasto i okolice są naprawdę piękne. Niestety jest to miejsce odkryte już przez wielu, więc w sezonie parking na rynku jest pełny, ale to nie powinno być przeszkodą dla chętnych.
W odległości 15 minut samochodem od Pułtuska, w miejscowości Zambski Kościelne, znajduje się kolejny mural Arkadiusza Andrejkowa, lub jak mówi moja znajoma trafniej by było deskal lub chałupal. Nie mogłam więc sobie odmówić i musiałam tam zawitać. Deskal to prezent męża dla żony, a przedstawia jej ukochaną babcię, która włożyła wiele serca w jej wychowanie. Cudowny prezent.

Podróż, maj 2021.
