Maroko

Barwy Marrakeszu w 4 dni (dzień 3 i 4)

Będąc w Marrakeszu nie można odmówić sobie wizyty w Ogrodach Majorelle i wizyty w Muzeum Yves’a Saint Laurenta. Aby tam dotrzeć opuszczamy Medinę i udajemy się do Nowego Miasta, a konkretnie do dzielnicy Gueliz. Tu znajdziemy szerokie arterie, piękne wille i duże hotele, ja zdecydowanie wolę jednak riad w Medinie.

Między Mediną na Nowym Miastem patrzymy na codzienne życie, przechodzimy przez uliczki pełne straganów i sklepików, ale jak widzicie na zdjęciach dużo mniej turystycznych.

Ogrody Majorelle

Pandemia spowodowała, że nie ma dwugodzinnej kolejki, aby wejść do ogrodów, przy kasie jest po prostu pusto. W normalnych warunkach, jeśli nie chce się stać w kolejce, a mamy w planach również wizytę w Muzeum Yves’a Saint Laurenta można kupić bilet łączony w muzeum, w ten sposób unikniemy kolejki.

Nazwa ogrodów pochodzi od nazwiska francuskiego malarza, który w Maroku leczył gruźlicę, W 1922 r przeprowadził się tu na stałe. Na murze przy wejściu do jego domu znajdziemy tabliczkę informacyjną. W 1980 roku ogród został zakupiony przez Yves’a Saint Laurenta i jego partnera Pierre’a Bergego.

Ogród zachwyca różnego rodzaju kaktusami, są przepiękne. Wśród zieleni dominują obiekty i dodatki w intensywnych kolorach, w których króluje kobaltowy błękit. Spacer wśród zieleni, sadzawek i altanek jest bardzo przyjemny.

W dawnej pracowni malarskiej otwarte jest Muzeum Berberyjskie, zgromadzone artefakty pochodzą z kolekcji Pierre’a Bergego. Największe wrażenie robi biżuteria prezentowana pod rozgwieżdżonym berberyjskim niebem. Wychodząc z muzeum przechodzimy przez sklep z pamiątkami, w którym dominuje jakżeby inaczej, kolor kobaltowy.

Muzeum Yves’a Saint Laurenta

W muzeum projektanta nie pozostaje nam nic innego tylko zanurzyć się w jego twórczość. Jego dzieła są pięknie wyeksponowane w sali z punktowym oświetleniem, czarnymi ścianami i wyświetlającymi się raz na jakiś czas komentarzami i fotografiami (w niej nie można robić zdjęć).

Warto obejrzeć w całości, ciekawy film o twórczej ścieżce projektanta z migawkami z jego pokazów ze strojami. które można podziwiać na żywo.

Le Jardin Secret

Sekretny ogród to najstarszy zachowany ogród miasta. Choć mniejszy od Ogrodu Majorelle, to jest również urokliwy, a poza tym mamy go na wyciągnięcie ręki, bo jest usytuowany w Medinie. Powstał w XVI wieku i początkowo był typowym ogrodem islamskim, czyli znajdował się na dziedzińcu riadu.

Po przeprowadzonej w 2008 roku renowacji możemy podziwiać ogród islamski i afrykański. Od 2016 r. udostępniono go zwiedzającym i uwierzcie, warto spędzić tu trochę czasu.

Można posłuchać szumu wody, można wejść na wieżę i przy dobrej pogodzie zobaczyć góry Atlas, można zamówić sobie herbatę po marokańsku lub inny napój i zanurzyć się po prostu w sekretną atmosferę marokańskiej zieleni.

Na wprost wejścia do ogrodu, znajduje się Cafe Arabe, piękne wnętrze nie tylko z arabskim jedzeniem.

Plac Ben Youssefa i Muzeum Marrakeszu

Plac otaczają odrestaurowane budynki, w tym minaret meczetu Ben Youssefa, a także Muzeum Marrakeszu, które mieści się w arabsko-andaluzyjskim pałacu. Po wejściu na patio uwagę przyciąga ogromny żyrandol z kutego żelaza. Poza zgromadzonymi w salach eksponatami warto zwrócić uwagę na łaźnię turecką.

Medresa (szkoła) Ben Youssefa, która mogła pomieścić 900 studentów była niedostępna ze względu na remont, szkoda, bo robotnik uchylił drzwi i pozwolił nam zerknąć do środka, to co zobaczyliśmy zapowiadało się bardzo ciekawie.

Dzielnica Garbarzy

Barwy i zapach Marrakeszu są piękne, ale nie w dzielnicy garbarzy. Już na ulicach czuć „skórzany” klimat, osiołki ciągnące załadowane skórami wozy, sterty skór przy domach i specyficzny zapach unoszący się w powietrzu.

Nie ma problemu, aby wejść w bramę i zobaczyć ciężką pracę garbarzy, jednak nie wierzcie, że możecie to zrobić za darmo (jak przekonują naganiacze), no może jak się zrobi zakupy w sklepie z wyrobami skórzanymi usytuowanym na końcu zwiedzania, to odpuszczą.

Warto zapłacić te parę groszy i posłuchać oraz popatrzeć na tradycyjny, wielowiekowy proces produkcji skór. Na wstępie dostaniecie parę gałązek mięty, podłożycie pod nos i można spokojnie patrzeć nie czując specyficznego, nieprzyjemnego zapachu wyprawianych skór.

Suki, marokańskie bazary

Jak suki (targowiska), to i zakupy. Większość suków usytuowania jest w medynie i to w pobliżu naszego riadu. Przechodzimy przez nie chociaż raz dziennie.  Otwarte są siedem dni w tygodniu, a sprzedawcami są mężczyźni. Można się w nich pogubić za sprawą dużej ilości krętych i wąskich uliczek. My rozdzieliliśmy się (wcale tego nie planując) pierwszego dnia, chociaż za sprawą pandemii nie było tłumów. Na szczęście mapa offline w telefonie pozwala bez problemu wrócić do punktu wyjścia.

Rękodzieło marokańskie ma swój urok, wyroby tkane, z mosiądzu, biżuteria, skóra, ceramika itd., itd.  na pewno ma wielu zwolenników. Poszczególne suki specjalizują się, w konkretnych rodzajach wyrobów.

Świetnym prezentem są przyprawy i kosmetyki na bazie oleju arganowego. My pierwszego dnia zwiedzając Palac el-Bahia, daliśmy namówić się na wizytę w sklepie Herboriste de Marrakech (nie na targowisku) w sąsiedztwie pałacu, gdzie sprzedawcą była kobieta, podkreślam to, bo jak wspomniałam jest to rzadkość, w sprzedawaniu prym wiodą mężczyźni.

Wizyta była bardzo miła, pani opowiedziała nam o produktach ich powstawaniu i ich właściwościach, było przyjemnie i ciekawie, i oczywiście zaowocowało zakupami.

Zostawiliśmy jednak sobie miejsce na inne sklepy, tym bardziej, że manager hotelu oferował nam pomoc przy zakupach. Skorzystaliśmy więc z jego pomocy następnego dnia. Zaprowadził nas do sklepu Koutoubia Herbal tuż obok hotelu, tam również rozmawialiśmy o właściwościach i zastosowaniu wyrobów.

Dyskusja dotycząca kupna oleju arganowego skończyła się moim pójściem do hotelu i przyniesieniu tego już zakupionego. Po odkręceniu butelki okazało się, że pachnie jak przesmażony olej, a przecież wąchaliśmy przed zakupem i był bezwonny. Po kolejnej konsultacji z marokańczykiem pracującym w naszym riadzie i upewnieniu się, że oleju arganowego w butelce jest namiastka, zdecydowaliśmy o powrocie do sklepu przy pałacu. W riadzie z pól godziny zajęło nam wąchanie buteleczek i muszę powiedzieć, że nie wszystkie pachniały tak niesmacznie, a dyskusji było co niemiara.

Powrót do Pani był ciężki, ale to za prawą 46 oC panujących na zewnątrz i sporej dawki zwiedzania, wyglądaliśmy nieciekawie. Nie będę się rozwodzić, Pani trzęsły się ręce, bardzo nas przepraszała, wymieniła olej (darowaliśmy jej zwrot pieniędzy), atmosfera była gęsta, choć z naszej strony był duży spokój, ona nie spodziewała się, że trefny towar odkryjemy w Marrakeszu, a nie w Polsce. Wychodząc ostrzegliśmy dwie Francuski, które naganiacz zachęcał do odwiedzenia sklepu. Nam pozostał spory niesmak, prędzej spodziewałabym się, że na ulicznym straganie nas oszukają, a nie w firmowym sklepie.

Resztę zakupów zrobiliśmy w pobliskich Sukach i na Rue el Ksour gdzie mieścił się nasz riad. Dzięki managerowi, za często niepozornymi drzwiami odkrywaliśmy magazyny pełne towarów.

Marokańska kuchnia

Najbardziej z pobytu zapamiętam marokańską, słodką herbatę (choć znam i przyrządzam ją od lat) bo w tym gorącym klimacie jest niezastąpiona. Jest to jedyna herbata (na bazie mięty i zielonej herbaty), która mogę pić słodzoną.

Będąc przy napojach to warto wspomnieć o niezłej kawie i oczywiście pysznym świeżo wyciskanym soku z pomarańczy.

Jak kawa i herbata to jeszcze słodycze. Choć smaczne, to nie dorównują wyrafinowanym tureckim i tunezyjskim łakociom. Za to świeże owoce są pyszne, ale nic dziwnego, bo dojrzewały na lokalnym słońcu.

W dobie pandemii sporo restauracji i kawiarni było zamkniętych. Przy Pałacu el-Bahia trafiliśmy do Restaurant Palais El Badia. Spędziliśmy tu trochę czasu na bardzo przyjemnym tarasie.

Kiedy wracaliśmy umęczeni gorącem z dzielnicy garbarzy, przyjęła nas Henna Art Cafe. Pandemia spowodowała, że było pusto, nie można było zrobić sobie rysunków henną, a menu było mocno ograniczone. Na szczęście nam najbardziej brakowało płynów, a te były w wystarczającym asortymencie.

W medynie zawitaliśmy do Cafe Araba, na wprost Le Jardin Secret, tu menu było spore, co dziwne serwowali też piwo, którego sprzedaż w medynie jest zabroniona. W Maroku produkuje się piwo, więc nie odmówiliśmy sobie skosztowania zimnego, lokalnego piwa.

Dania główne to przede wszystkim kuskus z mięsem i warzywami, a także tadżin – gulasz z mięsa lub ryb duszony w specjalnym naczyniu z dodatkiem oleju, przypraw i jednego wybranego warzywa.

Można zjeść też pyszne szaszłyki z keftą, zupę harirę (polecam) i szereg sałatek przygotowanych na bazie lokalnych warzyw i przypraw.

Zwiedzanie Marrakeszu bez tłoku to był bardzo duży plus podróży, lipca ze względu na temperatury nie polecam, ale wszystko da się wytrzymać. Maroko żegnało nas upałem i pyłem znad Sahary, powietrze zrobiło się łososiowe, dopasowało się do koloru łososiowych domów Marrakeszu.

Podróż, lipiec 2021

    2 Responses

  1. Marrakesz bez tłumów, musiało być cudownie 🙂

    1. Zdecydowanie warto było odwiedzić Marrakesz tuz po otwarciu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *