Włochy

Polignano a Mare i Monopoli, apulijskie kurorty

Nasza baza wypadowa była w głębi lądu więc wyjazd do nadmorskich kurortów był obowiązkowy, choćby z tego względu, żeby zobaczyć, czy coś tracimy.

Polignano a Mare

W Polignano a Mare o parking jest bardzo trudno, bo miasteczko przyciąga tłumy turystów.  Zaparkowaliśmy obok stacji kolejowej na prawie pustym parkingu, skąd mieliśmy ok. 10 min spacerkiem do Piazza Antonio Morro położonego tuż przy starówce.

Pierwsze kroki kierujemy nie do centro storico tylko na most Ponte di Polignano, z którego roztacza się piękny widok na słynną plażę Apulii, Lama Monachile Cala Porto. Zdecydowanie chodzi tu o jej położenie, a nie piasek (nie tak doskonały jak nad Bałtykiem). Plaża znajduje się między dwoma klifami, na których wznoszą się dumnie budynki.

Przyjemnie jest popatrzeć na kolorowe punkciki na dole, ale plażować tu bym nie chciała. Widok w drugiej strony mostu też jest przyjemny choć nie tak efektowny.

Do wnętrza starego miasta prowadzi charakterystyczna brama, po jej przekroczeniu przenosimy się, za sprawą architektury w dawne czasy.

Kawiarnie, restauracje sklepiki to już współczesna bajka i tak jak w odwiedzonych już białych miasteczkach Apulii, to duża przyjemność włóczyć się po wąskich uliczkach i urokliwych placykach, łącznie z dosyć sporym Piazza Vittorio Emanuele II, zwanym też Placem Zegarowym. Na placu uwagę przyciąga Palazzo Vittorio Emanuele II, znany jako Palazzo dell’Orologio, czyli po prostu średniowieczny pałac z zegarem. Pierwotnie budynek posiadał zegar słoneczny, który w XIX wieku został zastąpiony przez zegar linowy. Na piętrze pojawiają się dwa okna z tympanonem (musiałam zajrzeć do Wikipedii co to jest, Was też zachęcam) z wąsami, a pomiędzy nimi herb miasta. Na drugim piętrze dwa okna mają łukowaty tympanon z dużym zegarem, który do dziś jest ręcznie nakręcany. Nad trzecim piętrem znajduje się fronton z wnęką, w której znajduje się posąg San Vito, a wieńczy go szczyt dzwonowy.

Opuszczamy ścisłe centrum starego miasta, aby udać się na wcześniej upatrzony deptak (Via Roma) odchodzący od Piazza Antonio Morro. Deptak dość szybko się kończy i staje się zwykłą ulicą.

Najbardziej ze spaceru po Via Roma zapamiętałam poprzeczne uliczki ze znakami zakazu.

Skręcamy w jedną z poprzecznych uliczek i dochodzimy do nabrzeża, z którego mamy piękny widok na starówkę i łódki wpływające w groty.

Wracamy na Piazza Antonio Morro, na codzienną kawę i gelato i przy nich zostajemy, choć kusiła nas kanapka rybna z Pescarii. Mieliśmy na nią dużą ochotę po skosztowaniu puccio pulpo (kanapki z ośmiorniczką) w Mastro Ciccio w Bari, wiedzieliśmy co możemy oczekiwać.

Nasze żołądki były pełne i nie miały miejsca na te rarytasy, choć kolejka, która rosła z godziny na godzinę świadczyła, że warto tu zawitać.

Parogodzinna wizyta w Polignano a Mare potwierdziła, że miasteczko jest bardzo sympatyczne, ale też bardzo turystyczne.

Monopoli

Monopoli jest zdecydowanie większe od Polignano di Mare i jest to różnica, którą od razu odczuwam, więcej przestrzeni i dodatkowo mniej turystów.

Samochód parkujemy na ulicy, w sąsiedztwie serca starego miasta, czyli Piazza Garibaldi, na którym spotykają się mieszkańcy na kawę i pogawędki. Myślę, że nie tylko za sprawą tubylców, ale też turystów było tłoczno, a my właśnie poczuliśmy, że musimy zjeść, bo w drodze z Polignano a Mare, zatrzymaliśmy się jeszcze na plaży.

Choć czytałam o polecanych restauracjach, zdecydował za nas los, który okazał się bardzo łaskawy, co we Włoszech, jeśli chodzi o jedzenie, nie jest aż tak trudne. W samym centrum starówki zatrzymaliśmy się w The King Street Food przy Via Orazio Comes. Super obsługa, jedzenie smaczne, ceny nie wygórowane. Zamówiłam oczywiście kanapkę z ośmiornicą, nie była tak wykwintna jak w Bari, ale zjadłam ją z prawdziwą przyjemnością, do tego Primitivo, słońce, ciepło, mogłoby tak trwać i trwać.

Snujemy się po uliczkach i choć można się w nich zgubić to bez trudu docieramy do nadmorskiej promenady Santa Maria. Ujmujące widoki na latarnię morską i morze po horyzont, a także przybrzeżne domy to nie wszystko.

Na falochronie możemy zobaczyć ekspozycję PhEST Międzynarodowegp Festiwalu Fotografii i Sztuki. I teraz cytat z bloga, który czytałam przed wyjazdem do Apulii W Monopoli nie spotkasz grup wycieczkowych, jak w Polignano, ani atrakcji, od których szczęka Ci opadnie z wrażenia, w moim przypadku nic się z tego nie sprawdziło.

Wracając do fotograficznej atrakcji, seria zdjęć Ukryte macierzyństwo, rumuńskiej artystki Aleny Zhandarovej publikowanych w wielu światowych magazynach daje sporo do myślenia.

 

Kolejne zdjęcia zatytuowane I see you from ypur face to blue, to dzieło miejscowej artystki Valerii Gentile wystawiającej pod pseudonimem Nuvola, możemy też podziwiać rodzinne zdjęcia Amerykanina Mrs. M.J. Wyatt itd., itd., bo w całym mieście, w różnych miejscach wystawiło swoje prace około 20 twórców. Za sprawą PhEST od sześciu lat, podczas kolejnych edycji festiwalu, możemy obcować w Monopoli ze sztuką.

Monopoli ma piękny Stary Port z niebieskimi łódkami. Z niebieskich gozzi miejscowi łowią ośmiornice i ryby żyjące w strefie przybrzeżnej.

Widoczny ze Starego Portu, usytuowany tuż przy promenadzie, Zamek Karola V jest pozostałością po hiszpańskim pobycie w tym regionie. W pierwszej połowie XIX wieku był więzieniem, po gruntownej renowacji stał się centrum kulturalnym.

Jak w wielu włoskich miasteczkach, Monopoli posiada kilka kościołów, ten na zdjęciu to kościół Św. Teresy, a przylegające budynki to klasztor sióstr terezjanek.

Spacerując uliczkami spotykamy wyjątkowy spokój, nie ma wielu turystów, knajpki są gotowe na wieczornych gości, na ławeczkach siedzą miejscowi prowadząc spokojne rozmowy. Nawet w miejscach, gdzie jest większy ruch jest tak codziennie, autentycznie.

Wracamy chętnie do naszej bazy wypadowej bogatsi o nowe wrażenia. Parogodzinny pobyt w obu kurortach był wystarczający i co najważniejsze bardzo przyjemny.

Podróż, wrzesień 2021.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *