Wietnam

Delta Mekongu i pływający targ Cai Rang w Can Tho. Największe rozczarowanie podroży.

Delta Mekongu to jedna z najpopularniejszych atrakcji w Wietnamie Południowym, w tym sławne pływające targi. Przed podróżą czytałam, że to już nie to co dawniej, ale jednak warto. Niestety rozwój dróg spowodował, że handlu na wodzie praktycznie nie ma, łatwiej i taniej przewozi się towary lądem. To co zostało jest bardzo turystyczne, nie ma już w tym autentyczności. Wrażenie zrobiło na mnie życie na jeziorze Inle Lake w Birmie, choć i o tym czytałam, że komercja i pełno turystów.

Dojazd

Aby wybrać na Deltę Mekongu mamy dwie możliwości, albo zorganizować wyjazd na własną rękę, albo wykupić wycieczkę w Ho Chi Minh. Wybieramy dojazd własny, tym bardziej, że z lotniska w Can Tho lecimy do Hanoi.

W Ho Chi Minh City wsiadamy na Dworcu Zachodnim w autobus z miejscami leżącymi firmy Fuda (165000 dongów/osoba), dojeżdżamy nim komfortowo na przedmieścia Can Tho, skąd pod sam hotel dowozi nas busik, który jest wliczony w cenę biletu.

Zwiedzanie

Najciekawszy ma być targ pływający, ale skoro jesteśmy w Can Tho to trzeba też zobaczyć samo miasto, które nie zrobiło na mnie większego wrażenia, choć ma kilka całkiem fajnych miejsc. Pierwsze to Park Ninh Kieu położony u zbiegu rzek Hau i Can Tho będący kiedyś  nabrzeżem. Obecnie jest miejscem, w którym można usiąść i obserwować kolorowe łodzie przepływające po szklistej wodzie. Park porośnięty jest zadbaną roślinnością, znajdziemy w nim też imponującą rzeźbę przedstawiającą skarb narodowy, przywódcę Ho Chi Minh.

Ulica Hai Ba Trung biegnąca wzdłuż rzeki posiada wiele kawiarni, restauracji i hoteli. Myślę, że obszar ten naprawdę ożywa dopiero nocą dzięki światłom, szczególnie tym odbijającym się od rzeki.

Can Tho ma ciekawe świątynie i pagody. Naprzeciwko parku Ninh Kieu, znajduje się świątynia Og. Z zewnątrz ozdobiona jest misternymi dekoracjami, a dach ozdobiony jest maleńkimi rzeźbami. Wnętrze świątyni wypełnione jest dziełami sztuki i posągami bóstw religijnych. Z sufitów zwisają ogromne cewki kadzideł, delikatnie dmuchając i wychwytując światło w unoszącym się dymie. Świątynia została zbudowana pod koniec XIX wieku przez Chińczyków.

Munirangsyaram to jedna ze świątyń buddyjskich Khmerów w Wietnamie i warto ją odwiedzić choćby po to, żeby zobaczyć jej złote dekoracje. Oprócz świątyni znajduje się tu klasztor, w którym mieszka wielu mnichów, chętnych do rozmowy z gośćmi (sami tego doświadczyliśmy).

Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie przylegająca do świątyni przychodnia, apteka i pokój rehabilitacyjny, gdzie byłyśmy świadkami akupunktury i innych naturalnych sposobów leczenia. W wietnamskich szpitalach, badania i leczenie ambulatoryjne odbywa się przy innych osobach.

Na dziedzińcach klasztoru suszyły się zioła, a te już gotowe były przygotowywane ręcznie do przechowywania.

Nie dotarliśmy do pagody Quang Duc będącej przykładem buddyjskiej świątyni. W ozdobnej architekturze i wielkich rzeźbionych drewnianych drzwiach znajduje się posąg Buddy siedzącego na szczycie lotosu, otoczonego kwiatami.

 W Can Tho możemy zwiedzić też otwarte w 2016 roku Muzeum Tarota i starożytny dom Binh Thuyto obiekt z kolorową, ozdobną architekturą na zewnątrz oraz meblami z epoki i antykami wypełniającymi pokoje. Dom został zbudowany w 1870 roku przez rodzinę Duong i był przekazywany przez 6 pokoleń tej rodziny, a niektórzy z nich nadal mieszkają w tylnej części posiadłości.

Na lądzie znajdziemy trzy nocne targi z jedzeniem i odzieżą: Tay Do, Dong Xuan i Tran Phu. Ten ostatni najbardziej tętni życiem i ma najwięcej do zaoferowania jeśli chodzi o jedzenie wietnamskie, ale jest najdalej od centrum miasta.

Pływający targ Cai Rang

Najbardziej ruchliwy czas na pływającym targu Can Tho jest od 5:30 do 8:00. Idealnym czasem na wypłynięcie jest około 5:00 z nabrzeża Ninh Kieu i tak też robimy. O godzinie o 4.30 przed naszym hotelem pojawiają się trzy skutery. Kierowcy zabierają całą naszą szóstkę aby przed piątą zameldować się na łodzi (150000 dongów/osobę) i wyruszyć w stronę targu.

Pływający targ Cai Rang jest największym w delcie Mekongu, na którym każdego dnia pływają po rzece setki łodzi. Może tak było kiedyś, że miedzy większymi łodziami pływały mniejsze niczym roje ryb. Na pływającym targu jest teraz więcej łodzi turystycznych niż łodzi biznesowych handlujących ziemniakami, maniokiem, arbuzami, ananasami czy dynią.

Fakt, podpływają małe łódki oferujące owoce, napoje czy zupy, ale jest ich niewiele. Nie ma za to ani jednej łodzi załadowanej po brzegi świeżymi owocami i warzywami z charakterystycznym wysokim słupkiem z próbką produktu na końcu, wskazującą, co ma na sprzedaż. Tak jak wspomniałam, główny handel towarem odbywa się teraz na lądzie. Wiele gospodarstw domowych porzuciło statek i znalazło stabilniejszą pracę na lądzie. Ale rzeka nadal płynie, droga wodna jest nadal bardzo ważna dla mieszkańców, a chęć utrzymania tej atrakcji  zdecydowanie turystycznej (tylko trochę biznesowej) powoduje, że pływający targ istnieje do dziś.

Wracając do naszej wyprawy, choć oczekiwania były zupełnie inne, to nie mogę powiedzieć, że nic ciekawego nie zobaczyliśmy.

Śniadanie zjedliśmy na dużej barce, która mieści restaurację rodzinną Quán Ăn Cho Nổi (tzn. restauracja pływająca), a naszym głównym daniem jak to w Wietnamie bywa, była zupa, zjedliśmy ją z przyjemnością. Kupiliśmy też owoce, duriana i frutjacka z małej łódki, która do nas podpłynęła.

Chociaż broniliśmy się przed zawitaniem do Wioski Makaronów, a to dlatego, że była nią barka. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na wizytę w niej i nie żałujemy tego kroku. Na barce sprzedawane są wszelkiego rodzaju słynne specjały z regionu rzeki Mekong, od ciasta pia Soc Trang po cukierki kokosowe Ben Tre, sos rybny Chau Doc, lotos Dong Thap, suszoną rybę Ca Mau, suszone żabie udka, makron Tay Do, papier ryżowy i lokalne upominki.

Oprócz produktów do sprzedaży można też było zobaczyć jak robi się papier ryżowy, makaron, czy cukierki kokosowe.

Przy wspomnianych barkach, zacumowanych jest więcej dużych obiektów, na których żyją ludzie pracujący na pływającym targu.

Bardzo przyjemnym miejscem na chwilę relaksu jest sad owocowy, zlokalizowany w odnodze rzeki Can Tho w obszarze Ba Long. Po zacumowaniu łódki wchodzimy na teren ogrodu. Już na początku uwagę przyciągają drzewa owocowe takie jak: durian, jabłko kremowe, jackfruit, mango czy papaja.

Dalszy spacer przez staw lotosowy, kanały, drewniane mostki (szczególna uwaga należy się ludowemu mostkowi bambusowemu) i cudowną roślinność to sama przyjemność.

Największe wrażenie zrobiły na mnie ogromne liście tropikalnej rośliny wodnej zwanej wiktorią królewską, która została odkryta na początku XIX wieku przez niemieckiego badacza T. Haenke. Zmarły przedwcześnie badacz nie zdążył opisać rośliny. Zrobił to dopiero 30 lat później angielski biolog John Lindley i nazwał ją na cześć królowej Wiktorii.

Zanim opuścimy tropikalny sad, zatrzymujemy się w kawiarni, zamawiamy herbatę, kawę i dostajemy owocowa przekąskę.

Pływający targ Cai Rang nie tętni życiem jakie sobie wyobrażałam, nie widziałam ani jednej biznesowej transakcji tylko turystyczne. Wyjazd przed wschodem słońca aby uniknąć tłoku  też nie był potrzebny, bo wielkiego ruchu nie było. Można odwiedzać plantacje kokosów, wioski makaronowe czy sady owocowe, popływać po Delcie Mekongu, ale na ożywiony wodny handel nie liczcie.

Podróż, listopad 2023.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *