Docieramy do Tbilisi w godzinach popołudniowych, niestety dopada nas korek. Koledzy są zachwyceni, jazda jak za czasów PRL. Gruzini jeżdżą instynktownie, wykonują zdecydowane ruchy. Jak chce się zmienić pas, to trzeba to robić tak jak pisałam, zdecydowanie. Wrzucenie kierunkowskazu i czekanie aż ktoś wpuści (chociaż wszyscy stoją w korku) mija się z celem. Przełączamy się więc na gruziński sposób jazdy i docieramy bez problemu do celu. Tu mała dygresja, przez cały pobyt w Gruzji pomimo brawurowej jazdy Gruzinów i spacerujących po drogach zwierzętach domowych (konie, krowy, świnie, owce), nie spotkaliśmy ani jednego wypadku drogowego.
Śpimy w hotelu Lowell, dobry standard, dobrze położony. Jesteśmy zmęczeni po całym dniu w podróży, więc wybieramy opcję kolacja w hotelu. Rano spotykamy się z Dominikiem, który pokaże nam architekturę Tbilisi, ale przede wszystkim opowie nam o życiu w Gruzji, o historii, o mniejszościach religijnych itp.
Ze znalezieniem przewodnika po Tbilisi miałam trochę szczęścia, wysłałam parę maili, ale bez odpowiedzi. Do Dominika zwróciłam się przez pensjonat w Swanetii i hurra, dwa dni przed odlotem Dominik Cagara odezwał się. W środę 11 czerwca mogę być dostępny przez cały dzień. Z chęcią oprowadzę Państwa po mieście i odpowiem na wszystkie pytania dotyczące Gruzji. Bardzo proszę o uściślenie, czy grupa posiada jakieś szczególne zainteresowania, abym mógł odpowiednio dostosować profil wycieczki (architektura, historia, polityka, religia, mniejszości etniczne, itd.). Po prostu idealnie.
O 9 spotykamy się w hotelu. Gdyby Dominik miał czarne włosy, to pomyślałabym, że jest Gruzinem. Zajmuje się konfliktami na Zakaukaziu, mówi w języku gruzińskim, jego wiedza o Gruzji jest niesamowita.
Lokalizacja naszego hotelu powoduje, że zwiedzanie zaczynamy od głównej arterii miasta, alei Rustawelego, tam oglądamy budynki opery, parlamentu, teatru im. Rustawelego, Muzeum Narodowego, przyglądamy się metalowym rzeźbom umieszczonym w różnych miejscach alei, zachodzimy do małego kościoła Kaszweti, w obecnym kształcie z 1904-1910 roku. Pierwsza świątynia w tym miejscu stała już w VI wieku. W okolicach kościoła skręcamy w lewo i kierujemy się na pchli targ, znajdujący się w pobliżu Parku 9 marca, na którym można kupić podobno wiele ciekawych rzeczy. Niestety jest jeszcze wcześnie i sprzedających jest niewielu. Znosimy to spokojnie, nie jesteśmy nastawieni na zakupy, poznanie miejsca i atmosfera w zupełności wystarczą. Następny przystanek to Ratusz Miejski czyli tzw. grzybek gdzie mieszkaniec załatwi wszystko w jednym miejscu. Stąd ruszamy na Stare Miasto. Mijamy stare drewniane domy z pięknymi ażurowymi ozdobami. Trochę z boku nie zawsze jest tak ładnie i czysto.
Docieramy do Wieży Zegarowej (przechylonej, skleconej z różnych materiałów) i do usytuowanego tuż obok urokliwego kościoła Anchiskhati Church, najstarszej zachowanej świątyni w Tbilisi (VI wiek). Chwila czasu na kawę lub herbatę i ruszamy dalej w stronę Mostu Pokoju zwanego popularnie Podpaską, choć w zamierzaniu projektanta miał przypominać morskie zwierze. Zaprojektowany i wykonany we Włoszech, przywieziony do Gruzji 200 ciężarówkami.

Przechodzimy rzekę Kurę i jesteśmy w Rike Park, gdzie trafiamy na wystawę polskich karykaturzystów. Uwagę przyciąga znajdujące się w zachodniej części parku, centrum wystawienniczo-koncertowe przypominające kształtem wielkie kiełbasy lub jak kto woli rury wydechowe.
Naszym celem jest położony na wzgórzu św. Eliasza Sobór Trójcy Świętej czyli sobór katedralny Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego, siedziba Katolikosa – Patriarchy Gruzji. Największa budowla sakralna Gruzji. Po drodze zachodzimy jeszcze do kościoła ormiańskiego i gasimy pragnienie kwasem chlebowym, sprzedawanym z drewnianych beczek na ulicy. Zanim znajdziemy się znowu na drugiej stronie rzeki Kury, zwiedzamy cerkiew Metechi z XIII w. i pomnik króla Wachtanga Gorgasali, legendarnego założyciela miasta.

Po powrocie na drugą stronę rzeki, podziwiamy łaźnie królewskie i Oberilani. Zaglądamy na tyły łaźni Oberialni, aby popatrzeć na wodospad i drewniane ornamenty balkonów. Dłuższa chwila odpoczynku przy gruzińskim jedzeniu, winie i kieliszku czaczy (gruziński bimber) i ruszamy do kolejki linowej, aby dostać się na wzgórze Sololaki do twierdzy Narikala, a także zobaczyć z bliska Kartwlis Deda czyli widoczny z daleka 20-metrowy posąg kobiety, wykonany z aluminium. Statua symbolizuje miasto Tbilisi i nazywana jest potocznie “Matką Gruzją”. Patrzy ona w kierunku miasta, trzymając w lewej ręce puchar wina, a w prawej miecz. Winem Kartlis Deda wita przyjaciół, natomiast miecz przeznaczony jest dla wrogów. Z górnej stacji kolejki roztacza się piękny widok na starówkę, rzekę Kurę z przerzuconymi przez nią mostami i inne charakterystyczne punkty Tbilisi.

Ze wzgórza schodzimy spacerkiem i udajemy się do głównej Synagogi Tbilisi (1895-1913), ufundowanej przez Żydów z Achalcyche.
To nie koniec zwiedzania, przed nami jeszcze Plac Wolności (wcześniej imienia Berii i Lenina) czyli wielkie rondo z kolumną, na której stoi pozłacana figura Św. Jerzego, patrona Gruzji. Stąd również spacerkiem ruszamy do kolejki szynowej, która zabierze nas na Wzgórze Mtacminda z dużą wieżą telewizyjną, migającą w nocy światłami. Droga trochę nas umęczyła, bo jej końcówka tuż przed kolejką jest naprawdę stroma (krótkie wspomnienie z San Francisco). Na wzgórzu znajduje się park rozrywki z diabelskim młynem i zielony park z widokiem na Tbilisi. Po całym dniu zwiedzania nikt nie ma ochoty na dodatkową rozrywkę więc schodzimy na piechotę ze wzgórza i kierujemy się w stronę hotelu.
Nasze zwiedzanie przerywaliśmy jak zwykle na wypicie kawy lub herbaty w tym wypadku z tymiankiem, w Cafe Gabriadze przy 13 Shavteli St (w pobliżu Wieży Zegarowej). Lunch jemy w restauracji Alani przy 1 Vakhtang Gorgasali St, gdzie smakujemy przekrój kuchni gruzińskiej, a na podwieczorek lody w Luca Polare, 7a Pekini Ave. Wszystkie miejsca polecone przez Dominika i wszystkie trafione.
Oprócz typowej wiedzy zawartej w przewodnikach, pytamy Dominika o bieżącą politykę, mniejszości narodowe, codzienne życie. Od niego dowiadujemy się, że kobiety ubrane na czarno, które widzieliśmy w Gruzji to wdowy. Według ich zwyczaju chodzą tak ubrane do końca życia. Na pytanie nasze, dotyczące dużej ilości samochodów zachodnich marek, dowiadujemy się, że to taki ich fetysz. Ponieważ Gruzja to nie jest bogaty kraj, mieszkania lub domy są wielopokoleniowe. W Polsce nie tak dawno był to też powszechny problem, a i teraz wielu młodym nie jest obcy. Młodzi nie mają pieniędzy na mieszkanie i nie mają się gdzie wyprowadzić. Posiadanie samochodu (przeważnie są to stare, duże, zachodnie marki) rozwiązuje wiele problemów domowo mieszkalnych. Korzystając z taksówki zdarzyło się Dominikowi nie raz, nie zapłacić. Kierowca mówił, że nie chce pieniędzy za kurs, za to niech następnemu zapłaci podwójnie. W Gruzji nie spotyka się masarzy, tak, tak tych od wędlin. Mięso jest rozbierane i sprzedawane świeże, gotowe na gruzińskie potrawy.
Z ciekawostek codziennego życia w Tbilisi: w tzw. grzybku (nazwa pochodzi od architektury budynku), w jednym miejscu interesant załatwi wszystkie sprawy administracyjne, a w payboxach, maszynach stojących na ulicach, mieszkańcy opłacą należności za gaz, wodę, prąd i inne media.
Dominik opowiada nam też legendę krzyża Świętej Nino patronki Gruzji, który jest bardzo charakterystyczny, a który widzieliśmy już parę razy podczas tych 3 dni. Według najpopularniejszych przekazów Nino była krewną św. Jerzego i pochodziła z Kapadocji. Po tym, jak we śnie ukazała się jej Maryja Dziewica i nakazała głosić naukę Chrystusa, Nino udała się w drogę do Gruzji, gdzie samodzielnie zrobiła pierwszy krzyż, przewiązując swoimi włosami dwie gałązki winorośli. Ponieważ gałązki winne są bardzo wiotkie, boczne ramiona krzyża po jakimś czasie wygięły się ku dołowi. Nino pozostała przy tym symbolu, a Gruzini uznali go za swój oryginalny krzyż.
Z Dominikiem spędziliśmy 11 godzin. To w jaki sposób zobaczyliśmy Tbilisi, opowieści o Gruzji i Gruzinach zapamiętamy na długo.
Dla chętnych służę kontaktem do Dominika.

Podróż, czerwiec 2014.
