Podczas naszych wojaży planujemy zawsze 2 lub 3 dni wypoczynku. Tym razem leniuchowanie wypadło w środku podróży, ze względu na to, że Ocean Indyjski jest znacznie cieplejszy niż Atlantycki. Niestety listopad w RPA to wiosna, więc niezbyt udało się zażywanie kąpieli w oceanie, a i pogoda nie była do końca plażowa, ale chwila relaksu i tak nam się przydała.
Wybór miejsca na wypoczynek padł na Ballito. Miasto założono w roku 1954, jako prywatną inwestycję, położoną na miejscu wcześniejszej plantacji trzciny cukrowej. Połacie tej rośliny nadal rozciągają się po horyzont w tych okolicach.

Ballito to typowo wypoczynkowe miejsce z apartamentami i kompleksami hotelowymi usytuowanymi wzdłuż piaszczysto-skalnej plaży, z basenikami skalnymi, w których mogą się chlapać dzieci i osoby bojące się potężnych oceanicznych fal. Wzdłuż plaży ciągnie się kilkukilometrowa ścieżka, doskonała na spacery i jogging, nie tylko na poranny.



Nasz nocleg w Manor Garden Apartament jest super. Pierwszorzędna lokalizacja tuż przy plaży, apartament wyposażony we wszystko co trzeba, łącznie (co w RPA nie dziwi) z gazowym grillem i dużym trasem z widokiem na ocean. Dla chętnych basen.

Zanim dojechaliśmy do apartamentu zaopatrzyliśmy się w mięsa do grillowania i inne niezbędne dodatki. W supermarketach mięs przyprawionych, gotowych do położenia na grilla do wyboru do koloru, od dostępnych w Polsce bo bardziej egzotyczne. Dużą wygodą było nie codzienne sprzątanie apartamentu przez obsługę, ale fakt, że czyszczony był też grill. Ja tej czynności nie lubię (to mało powiedziane) i myślę, że nie jestem odosobniona w tym uczuciu.
Jedno popołudnie rezerwujemy na krótki wypad do Durbanu.

W Boże Narodzenie 1497 roku Vasco da Gama odkrył zatokę, w której znajduje się Durban i nazwał ją Port Bożego Narodzenia. Bardzo żałuję, że nie udało mi się zobaczyć zegara Vasco da Gamy (na zdjęciu wygląda bardzo fajnie) postawionego dla uczczenia tego odkrywcy, ale nie było go w miejscu, w którym powinien być wg mapy Google. W 1935 osada stała się miastem, nazwanym jak większość miast w RPA, na część gubernatora Benjamina D’Urbana. Znajduje się tutaj największa hinduska mniejszość narodowa żyjąca na południowej półkuli. Jest to pokłosie sprowadzenia przez Brytyjczyków w latach 60 XIX wieku hinduskich imigrantów, którzy pracowali na plantacjach trzciny cukrowej.
Centrum miasta leży tuż obok przepięknych plaż i warte jest przynajmniej spaceru. My parkujemy nasz samochód przy Roma Revolving Restaurant, która otwiera swoje podwoje o 18. Mamy więc trochę czasu na spacer nadmorską promenadą zwaną Złota milą.

Znajdujemy się w dzielnicy portowej, w której widzimy tylko czarnoskórych obywateli. Bardzo dokładnie się nam przyglądają, szczególnie aparatowi fotograficznemu. Nawet jadący samochód zatrzymuje się, a jego kierowca radzi schować sprzęt fotograficzny. Na szczęście nie mamy żadnej złej przygody, a spacer przebiega bez zakłóceń. Dopiero na promenadzie widzimy mieszankę różnych narodowości, pojawiają się hindusi, biali, azjaci. Zatrzymujemy się na kawę i obserwujemy sportowców, spacerowiczów, widoki. Surferów nie ma zbyt wielu, ale to nie tylko pora roku (wiosna) ale też wkrótce zacznie się ściemniać. Miejsce tętni życiem. W okolicach molo znajduje się nieduży Park Rozrywki i stoiska ze sztuką afrykańską. Uwagę zwracają też rzeźby z piasku.

Plaże bardzo ładne, ale nie rzucają jak to się mówi na kolana. Wzdłuż promenady biegnie ulica, a przy niej hotele z pubami i barami wychodzącymi na ocean. Tłoku jeszcze nie ma, ale to chyba kwestia czasu.
My ruszamy w drogę powrotną, czyli do obrotowej restauracji Roma, znajdującej się na 32 piętrze budynku Johna Rossa, z widokiem na cały Durban i okoliczne tereny, również na morze i zatokę. Co nas tu sprowadziło? Oczywiście widoki oraz fakt, że restauracja ma dwa obrotowe okna i podłogi. Mechanizm kontroli prędkości powoduje, że w trochę ponad godzinę obrócimy się o 360o. Ta włoska restauracja została otwarta w 1973 roku, a prowadzona jest przez braci Leopardi. To jeden z nich ze złotymi rzucającymi się w oczy sygnetami. przyjmuje zamówienie i co jakiś czas dopytuje się czy wszystko jest ok? Obsługa bardzo miła, a jedzenie i wina bardzo smaczne. Zwracam jedynie uwagę na dania w menu, przy których zamiast ceny są litery SQ, jeśli macie ograniczony budżet koniecznie zapytajcie o cenę. Co to jest SQ opisałam we wpisie Czy Republika Południowej Afryki to naprawdę Kraina Tęczy ?



Kiedy przyszliśmy do restauracji było jeszcze widno, w międzyczasie zaszło słońce, a nam w pełnej krasie ukazał się Durban nocą. Warto tu wpaść choćby dla tych widoków.

