Meksyk

3 dni w Mexico City – dzień trzeci w Centro Historico, w atmosferze Dia de los Muertos

Ostatni dzień w Mexico City poświęcamy na obejrzenie serca miasta i wtopienie się w klimat Dia de los Muertos. Już rano na śniadaniu drinki podaje nam Catrina w męskim wydaniu.

Mieszkamy w Centrum Historycznym, a więc wszędzie dotrzemy na piechotę, zobaczymy tyle, ile damy radę.

Zaczynamy od Pałacu Pocztowego (Palacio de Correos), ogromnego budynku będącego przykładem stylu eklektycznego, czyli inaczej mówiąc stylu łączącego różne epoki: renesans, gotyk i plateresco. Wewnątrz jest jeszcze piękniej i ciekawiej. To tu nakręcono scenę rozgrywającą się w banku, w „Licencji na zabijanie”, czyli kolejnych przygodach James’a Bonda.

Nasz cel to Główny Rynek zwany Zocalo. W Meksyku główne place w miejscowościach określane są właśnie tą nazwą. Zocalo znaczy „cokół”, a jest to następstwo postawionego w 1843 r. cokołu pod planowany pomnik niepodległości Meksyku.

W drodze na zocalo zaglądamy do kościoła Św. Franciszka i do Gran Hotel Ciudad de Mexico. Bond chyba upodobał sobie Mexico City, bo hotel pojawia się w „Licencji na zabijanie” z Timothym Daltonem, a także w „Spectre” gdzie w rolę agenta 007 wcielił się Daniel Craig.

Hotel robi wrażenie. Zbudowany w 1899 w stylu art nouveau (uwielbiam ten styl), przypomina nam paryski klimat, ale teraz dużo bardziej możemy (i chcemy) wczuć się w rolę agenta 007 i wtopić się w klimat Dia de los Muertos.

Co prawda jest za wcześnie na uliczne fiesty, te rozpoczynają się dużo później, ale nie myślcie, że nic się nie dzieje. Tu krótka dygresja a poropos ulicznych parad, które występują w niektórych regionach Meksyku, ale do 2015 nie było ich w Mexico City. Zapoczątkował je film „Spectre”, kiedy agent 007 goni przestępcę, przedzierając się przez tłumy bawiące się w paradzie. Turyści zaczęli szukać informacji na ten temat i burmistrz wykorzystał te oczekiwania jako promocję miasta, organizując kolorowe fiesty.

Wchodzimy na Zocalo (Plac Konstytucji) drugi co do wielkości plac miejski na świecie, a tam wielkie ofrendy (ołtarze ku czci zmarłych) reprezentujące poszczególne regiony Meksyku, a przy nich występy charakterystyczne dla tych miejsc.

Na placu niestety są tylko dwa miejsca (i tłumy gapiów), gdzie można pomalować twarz i zostać choć na parę godzin Catriną. Catrina to kobieta, ale mężczyźni również biorą udział w zabawie. Jest to świetny sposób, aby wejść w atmosferę Dnia Zmarłych w Meksyku, a o to nam przecież chodzi. Będziemy szukać możliwości zasmakowania w tym.

Catrinas to „szkieletowe przedstawienia”, które stały się ikoną Dnia Zmarłych. W Mexico City popularne jest malowanie twarzy. Robią to dzieci i dorośli, zarówno miejscowi jak i goście, gotowi są pomalować twarze w „cukrową czaszką”. Na stoiskach wizażystów dostępne są zdjęcia, z których można wybrać wzór. Zdobienie twarzy w całym Meksyku trwa od 31 października do 2 listopada.

Przy Zocalo znajduje się Catedral Metropolitana, jedna z największych i najstarszych w Ameryce. Katedra jest piękna, ale już na zewnątrz widać (podobnie jak w Sanktuarium Matki Boskiej Guadalupe), że budynki są krzywe. Niestabilny grunt na jakim powstało miasto (na jeziorze), a także wstrząsy sejsmiczne powodują, iż budynki zapadają się.

W Catedral Metropolitana widać jak wielką pracę wykonali inżynierowie, aby ją uratować. Obrazuje to ogromny pion murarski zawieszony w nawie głównej.

Po lewej stronie katedry znajduje się pomnik Jana Pawła II wytopiony z kluczy. Meksykanie zebrali ich tysiące, mottem zbiórki było „Daj Mu klucz do swego serca”.

Do prawej strony katedry przylega kościół Najświętszego Sakramentu (El Sagrario). Jest on malutki (w porównaniu do katedry), ale znajduje się w nim 12 ołtarzy. W kościele, na suficie widać wyraźnie pęknięcie.  To ściana zapadającej się katedry ciągnie w dół lewą ścianę, a przeciwległa ściana trzyma się niezmiennie powierzchni placu. Wewnątrz kościółka widać wyraźnie pękające filary oraz odchylone od pionu kolumny. Tu także czuje się atmosferę Święta Zmarłych.

Pomiędzy kościołem, a Pałacem Narodowym jest plac prowadzący do ruin Tenochtitlánu. Na tym niewielkim placu, gromadzą się indiańscy tancerze i szamani. Na Dzień Zmarłych oferują oni wyjątkową rzecz „limpię” czyli duchowe oczyszczenie. Wykonują szybką ceremonię, wydmuchując dym i kadzidło wokół ciała. Nie mogliśmy sobie tego odmówić.

Po oczyszczeniu, rzut oka na odkrytą (przypadkowo) w 1978 r. świątynię Templo Mayor. To właśnie w tym miejscu prekolumbijscy wędrowcy ujrzeli orła siedzącego na kaktusie (znajdującego się teraz w godle Meksyku) i założyli miasto. Odkryte ruiny pokazują, że pod zocalo znajduje się azteckie miasto, które pewnie nigdy nie zostanie odkopane.

Na Templo Mayor, popatrzymy jeszcze z góry, popijając micheladę (patrz pkt. 4) w barze restauracji El Mayor. W tym samym budynku znajduje się księgarnia Porrua, a w niej piękna ofrenda, w której główną dekorację stanowią książki.

Ta chwila wytchnienia była nam potrzebna, bo na dworze jest bardzo ciepło.

W sąsiedztwie restauracji znajduje się Kolegium Świętego Ildefonsa (Colegio de San Ildefonso) obecnie centrum muzealne i kulturalne w Meksyku. Miejsce uważane jest za centrum narodzin meksykańskiego ruchu muralistycznego. Kolegium San Ildefonso powstało w XVI wieku jako prestiżowa jezuicka szkoła z internatem, a po wojnie reformatorskiej ponownie zyskało prestiż edukacyjny jako Krajowa Szkoła Przygotowawcza. Szkoła i budynek zostały całkowicie zamknięte w 1978 r. Ponowne otwarcie jako muzeum i centrum kultury nastąpiło w 1992 r. W muzeum znajdują się stałe i tymczasowe wystawy sztuki i archeologii, a także wiele malowideł ściennych namalowanych przez José Clemente Orozco, Fernando Leal, Diego Rivera i innych.

Kolegium zwiedziliśmy nie płacąc za bilety, po prostu weszliśmy zupełnie nieświadomie, nie wejściem głównym od ulicy Justo Sierra, a bocznym od ulicy San Ildefonso.

Przy wejściu do muzeum nie mogło zabraknąć ofrendy, wspominającej ludzi związanych z tym obiektem.

Po drugiej stronie ulicy San Ildefonso, znajduje się dawna siedziba klasztoru Santa Catalina de Siena, założonego w 1593 roku, przez grupę zakonników, dominikanów z Oaxaca. Jego głównymi promotorami były trzy siostry znane jako Phelipas, które podarowały swój dom jako kwaterę główną i przekazały swoje majątki na utrzymanie zakonników.

National School of Jurisprudence została utworzona w tym kompleksie w 1867 r. Oprócz szkolenia specjalistów prawa, szkoła w różnych momentach istnienia przygotowywała również notariuszy, „przedstawicieli handlowych” i absolwentów ekonomii. W 1951 r. stała się obecnym Wydziałem Prawa UNAM.

Trafiliśmy tam zupełnie przypadkowo, przechodząc obok bramy zajrzeliśmy do środka. Na dziedzińcu zdobionym ofrendami było tak uroczo, że poprosiliśmy ochroniarza o możliwość wejścia do środka.

Ołtarzyki ku pamięci zmarłych są dosłownie wszędzie, w restauracjach, kawiarniach, biurach, hotelach i na ulicy. Już dawno przestały być związane wyłącznie z przestrzenią domową. Organizowane są również liczne konkursy na najpiękniejsze ofrendy np. w szkołach lub lokalnych ośrodkach kultury.

Na Plaza de Santo Domingo znajdujemy Megaofrendę tworzoną pod patronatem Uniwersytetu UNAM. Cały plac zajmują mniejsze i większe ofrendy, szykują też scenę, aby gdy zapadnie zmrok jeszcze mocniej będzie można poczuć klimat Święta Zmarłych.

Czas na podziwianiu historycznego centrum leci nieubłaganie, a my o 14 jesteśmy umówieni przed Palacio de Bellas Artes (Pałac Sztuk Pięknych) z Polką od 30 lat mieszkająca w Meksyku. Nie mamy jeszcze makijażu Catriny, a makijażystów poza dwoma na zocalo nigdzie nie widać.

Mamy jednak trochę szczęścia, w drodze na spotkanie mijamy grupę ludzi robiących sobie twarze Catriny.

Okazują się grupą z Oaxaca, która szykuje się do ulicznego występu. Po krótkiej rozmowie, dogadujemy się co do makijażu (100 MXN/osoby), zarówno oni jak i my mamy na to godzinę. Generalnie cena za taką usługę wynosi od 50 do 200 MXN, w zależności od umiejętności wizażysty, złożoności projektu i czasu. Nasi wizażyści zdecydowanie mieli pojęcie co robią. Zresztą sami oceńcie efekt.

 

Na wyszukany makijaż należy zarezerwować sobie co najmniej godzinę. My mieliśmy godzinę, ale na dwie osoby. Na spotkanie wyruszamy już jako Catriny.

Przed Palacio de Bellas Artes tłumy, wśród których przechadzają się niesamowite Catriny. To centrum kulturalne Meksyku jest znanym miejscem spotkań, nic więc dziwnego, że tyle ludzi ogląda się wokoło szukając znajomych.

„Katedra Sztuki w Meksyku”, czyli Palacio de Bellas Artes była gospodarzem jednych z najważniejszych wydarzeń w muzyce, tańcu, teatrze, operze i literaturze oraz organizowała ważne wystawy malarstwa, rzeźby i fotografii. Obecny budynek zaczęto budować w 1904 r., ale komplikacje wynikające z miękkiego podłoża i problemów politycznych zarówno przed rewolucją meksykańską, jak i podczas niej, utrudniały, a następnie całkowicie doprowadziły do zaprzestania budowy do 1913 r. Prace rozpoczęto ponownie w 1932 r. trwały one dwa lata. Zewnętrzna część budynku to przede wszystkim secesja i neoklasycyzm, a wnętrze to przede wszystkim art deco. Budynek jest najbardziej znany z malowideł ściennych autorstwa Diego Rivera, Siqueirosa i innych, a także licznych wystaw i przedstawień teatralnych.

Alina przychodzi na spotkanie z synem i decydujemy się na obiad w położonej opodal restauracji Sanborns w Casa de los Azulejos.

Fasada budynku pokryta jest niebieską, białą i żółtą płytką; we wnętrzu znajduje się mural słynnego meksykańskiego malarza José Clemente Orozco; a jego atrium ze szklanym sufitem zawiera kamienne filary, malowidła ścienne i fontannę.

Od XVII do XIX wieku budynek służył jako rezydencja hrabiów z doliny Orizaba i ich rodzin. Pod koniec XIX wieku opuściły go arystokratyczne rodziny i stał się klubem dżokejów, domem dla elitarnych intelektualistów, a następnie organizacji robotniczej Casa del Obrero Mundial, czyli Światowego Domu Robotnika. W 1917 r. budynek kupił Sanborns.

Firma braci Sanbors została założona w 1903 r, jako sprzedaż detaliczna, apteki, restauracje itp., ciekawostką jest fakt, że jako pierwsi otworzyli oni w Meksyku Soda Fountain czyli nasz polski saturator z napojami. W 1919 roku Walter Sanborn, zmęczony zawirowaniami politycznymi w Meksyku, powrócił do USA i oddał zarządzanie spółką bratu o imieniu Frank. W tym samym roku Sanborns uzyskała swoją najsłynniejszą lokalizację oddziału, czyli Casa de los Azulejos.

Obecnie Sanborns jest jednostką konglomeratu Grupo Corso, która jest kontrolowana przez Carlosa Slima, czwartego najbogatszego człowieka na świecie i oczywiście najbogatszego człowieka w Meksyku.

Wracając do restauracji, to jest ona ogromna, zlokalizowana na paru piętrach otwartego atrium. Architektura robi wrażenie i jest przyjemnym dodatkiem do posiłku. Z pomocą Aliny decydujemy się na typowe meksykańskie dania, które niestety nas nie zachwyciły. Nie znaczy to jednak, że jakość serwowanych posiłków jest słaba, wprost przeciwnie. Jak już pisałam w pierwszym wpisie, meksykańskie jedzenie nie w całości nas urzekło.

Spotkanie z Aliną i jej synem minęło niepostrzeżenie, tak jak i cały nasz trzydniowy pobyt w Mexico City. Ja uwielbiam nasze spotkania z osobami polskojęzycznymi mieszkającymi za granicą. To są tylko w niewielkiej części rozmowy o tym co warto zobaczyć (chyba, że ta osoba jest tego dnia naszym przewodnikiem), to są głównie rozmowy o tym jak się żyje ludziom, co jest tak innego i ciekawego, że zdecydowały się tu pozostać.

Kończąc wpis, nie mogę pominąć jeszcze dwóch atrybutów Święta Zmarłych. Pierwszy to Pan de muerto (chleb zmarłego) obowiązkowy element ołtarzyka ku czci zmarłych. Jest to jeden z najistotniejszych symboli tego święta. My również nie mogliśmy odmówić sobie słodkiego drożdżowego pieczywa (całkiem smacznego), z przecinającymi się wałeczkami ciasta, które mają przypominać skrzyżowane kości. Można je kupić w meksykańskich sklepach na kilka tygodni przed 1 listopada.

Wracając do hotelu spotykamy dzieci z cukierkowymi wiadrami. Rozdawanie cukierków dzieciom stało się tradycją w całym Meksyku podczas Dnia Zmarłych. Odmiennie niż w Stanach dzieci nie chodzą od drzwi do drzwi, tylko wędrują z wiaderkami po ulicach, a robią to od 31 października do 2 listopada. Wiedząc o tym zaopatrzyliśmy się przed wyjazdem w typowo polskie cukierki typu kukułka czy raczki.

To nasz ostatni dzień w Mexico City, sporo zobaczyliśmy, ale zostało jeszcze sporo miejsc wartych odwiedzenia. Nie zastanawiam się, czy dokonaliśmy dobrych wyborów odnośnie zwiedzania, było bardzo interesująco i to jest najważniejsze.

Podróż, listopad 2019.

    One Response

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *