Ze wszystkich odwiedzonych meksykańskich miejscowości, San Cristobal urzekło mnie najbardziej. Nic dziwnego, że w 2010 roku zostało wybrane najbardziej magicznym miastem w Meksyku. To miasto położone na wysokości ponad 2200 m n.p.m. w dolinie Jovel, założone w 1528 r. przez konkwistadora Diego de Mazariegos ma w sobie to coś, co przyciąga nieszablonowe osoby. Spotkamy tu hipisów, artystów, podróżników, tych którzy przyjechali na parę dni, a zostali na lata.

Spacer ulicami San Cristobal de las Casas pokazuje nam różnorodność tego miasta. Przyjazne dla turystów, których jest tu sporo, a także dla ludzi z całego świata, którzy zatrzymali się tu na dłużej, a przy tym pełne tradycji, którą widzimy między innymi w postaci Indian chodzących po ulicach i sprzedających niestety nie tylko rękodzieło, ale i chińszczyznę.

Jeśli jestem już w temacie Indian i rękodzieła, to wizyta na Mercado Santo Domingo jest obowiązkowa. Można znaleźć tu wyroby skórzane, tkane, ubrania, biżuterię itp. i wszystko super kolorowe. Targ w porównaniu do tych, które odwiedziłam do tej pory jest najciekawszy i nic dziwnego, że inni również odbierają go w ten sposób. Takiej różnorodności towarów, w tak dobrych cenach i to bez targowania, nigdzie nie spotkałam.

W bezpośrednim sąsiedztwie targu znajduje się Templo de la Caridad, w której msze odprawiane są w języku tsotsil i tsetsal. Założona w 1712 roku świątynia wraz z pierwszym szpitalem miała służyć tylko rdzennej ludności. Indianie mieli zakaz uczestnictwa w nabożeństwach, które odbywały się w kościele Św. Dominika.
Wizyta w tym kościele zrobiła na mnie największe wrażenie, a to za sprawą panującej tu atmosfery i obecności tylko rdzennej ludności, która co tu dużo mówić, wyglądała na zdziwioną naszą obecnością.

Zniszczona elewacja nie zapowiada pięknego wnętrza (też wymagającego remontu) z barokowymi ołtarzami Maryi Dziewicy i Czarnego Chrystusa z Esquipulas z Gwatemali. Takie odczucia to nic nowego podczas podróży po Meksyku.

Główny plac z altaną pośrodku, zwany przez mieszkańców Parkiem Centralnym jest sercem miasta, które pełne jest kutych ławeczek, zieleni oraz pucybutów.

Wokół rynku znajdziemy Palacio Municipal, obecnie muzeum, siedzibę władz miejskich i inne atrakcyjne budynki.

Nad placem góruje ustawiona do niego bokiem katedra w kolorze słońca, której budowę rozpoczęto w 1528 r. Katedra jest w remoncie, ale tymczasowe ogrodzenie nie szpeci tylko też zasługuje na uwagę za sprawą graffiti.

Plac przed świątynią Plaza de la Paz to miejsce spotkań, dużo więcej tu ludzi niż w położonym obok parku. Tu odbywa się też wieczorny indiański targ, którego niestety nie widzieliśmy.

Spacer wąskimi, brukowanymi uliczkami w otoczeniu domów pomalowanych na różne kolory to sama przyjemność. San Cristobal jest pełne energii. Można szukać największych atrakcji miasta, a jest dużo więcej niż te co opisałam lub włóczyć się bez celu, zaglądać do uroczych sklepów, przysiąść w restauracji lub kawiarni.

No właśnie przysiąść w restauracji, to był nasz pierwszy cel po przyjeździe do San Cristobal. Szykując się do podróży, znalazłam na fb restaurację o świetnej nazwie Que pasa? Kiełbasa. Blisko hotelu, prowadzą Polki, widziałam same zalety do chwili gdy tam dotarliśmy i okazało się, że już nie działa. Szkoda, że nie było o tym fakcie aktualnych informacji na facebooku.
Ponieważ w San Cristobal restauracji jest co nie miara, nie było problemu w ciągu paru minut wytypować jedną z nich. Kolorowo ubrana, urocza, uśmiechnięta Indianka zachęciła nas do wejścia, do równie kolorowej restauracji.

La Lupe uszczęśliwiła nas pysznym, meksykańskim jedzeniem, to było to coś, czego potrzebowaliśmy.

W San Cristobal nocujemy w Palace SCLC Hotel & Brewery.

Świetnie położony, jeśli chodzi o największe atrakcje, z przemyślanym designem i do tego od razu wiemy, gdzie spędzimy wieczór. Oczywiście na degustacji piwa z rzemieślniczego browaru, w końcu mamy go piętro niżej.



Opuszczając prawdziwe pueblo magico jakim jest Sam Cristobal de Las Casas, cieszymy oczy kolorowymi domkami „porastającymi” zbocze. Niestety wygląda to dużo lepiej z daleka niż z bliska. Ważne, że kolory czynią wiele miejsc przyjemniejszymi i bardziej przyjaznymi.

Podróż, listopad 2019.
