Trasa, która pokonałyśmy drugiego dnia nie jest atrakcyjna jak ta dzień wcześniej, zobaczyłyśmy tylko jedną cerkiew, ale nie było ani śladu wojaka Szwejka, ani bacówki z serami, ani wypału węgla drzewnego, ani przejazdów przez rzekę. Był za to las, bieszczadzkie pagórki i duża przyjemność z jazdy, bo niewielka część trasy wiodła głównymi drogami i praktycznie cała prowadziła po asfaltowej powierzchni.
Może właśnie ktoś z Was potrzebuje jazdy rowerem bez konieczności zbaczania z trasy do różnych atrakcji, jeśli tak to ten szlak jest idealny.

Zanim napiszę o rowerowej wyprawie, parę słów poświęcę naszej bazie wypadowej.
Baza wypadowa
Naszą bazą wypadową była miejscowość Rzepedź, położona 7 km od Komańczy, co ciekawe obie te miejscowości leżą w Beskidzie Niskim, od Bieszczad dzieli je przepływająca nieopodal Osława. Rzepedź to spokojna i przyjemna wieś, ale jej zabudowa przypomina raczej malutkie miasteczko, a to wszystko za sprawą przemysłu drzewnego. Dziś trudno uwierzyć, że po wojnie w wyniku wysiedleń mieszkały tu tylko dwie rodziny. Ogromny rozwój wsi nastąpił wraz z wybudowaniem Bieszczadzkich Zakładów Przemysłu Drzewnego otwartych w listopadzie 1962r. Na początku lat 90, gdy nastąpiła recesja na rynku drzewnym, upadł tartak w Rzepedzi, przyczyniając się także do znacznego wzrostu bezrobocia w okolicy. Obecnie zakład znowu działa pod szyldem “Nowy Styl”.
Mieszkamy w budynku stworzonym dla robotników mających pracować przy budowie tartaku, w którym dziś mieści się Ośrodek Wypoczynkowy “Pod Suliłą”.

W drugim budynku usytuowanym w pobliżu znajduje się Dom rekolekcyjny, a na nim mural z postacią księdza Franciszka Blachnickiego (mi przypominał księdza Adama Bonieckiego), założyciela Ruchu Światło-Życie oraz Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, który w czasie wojny przebywał w Auschwiz i innych więzieniach, a po wyzwoleniu przez lata był rozpracowywany przez władze komunistyczne. W marcu 1961 ks. Franciszek został aresztowany pod zarzutem wydawania i rozprowadzania nielegalnych druków, spędzając ponad 4 miesiące w areszcie w Katowicach (w tym samym, w którym podczas okupacji niemieckiej przeżył swoje nawrócenie). 37 lat temu zmarł w podejrzanych okolicznościach. Śledztwo z 2023 roku wykazało, że ks. Blachnicki został otruty rtęcią i jest kolejną ofiarą komunistycznego systemu.

Trasa rowerowa
Podobnie jak dzień wcześniej, zatoczymy koło, ale tym razem naszym celem jest spotkanie na pstrągu w smażalni ryb Moje Ranczo w Mchawie.
Rzepedź – Szczawne – Kalnica – Kielczawa – Mchawa i powrót ta samą drogą, łącznie 54 km
Szczawne
Wyruszamy z Rzepedzi drogą 897 w stronę Szczawnego. Po przejechaniu 3 km, po prawej stronie pojawi się cerkiew greckokatolicka pw. Zaśnięcia Marii, obecnie prawosławna.
Świątynia jest jednym z najmłodszych (1889 r.) zachowanych przykładów cerkwi łemkowskej typu północno-wschodniego w wariancie z niską wieżą nad babińcem. We wnętrzu cerkwi zachowane są malowidła ścienne o oryginalnej tematyce. W skład zespołu zabudowy sakralnej wchodzi cerkiew z dzwonnicą i cmentarz z wydzielonym kamiennym murem.

Od lat 60. XX w. użytkowana była jako filialna parafii prawosławnej w Morochowie.
Co ważne, cerkiew była otwarta, a Pani z tutejszej parafii chętnie opowiadała o historii i czasach współczesnych.

Po odwiedzeniu cerkwi ruszamy dalej drogą 897, na rozwidleniu skręcamy w prawo w szosę 892, aby po około 5 km (liczone od cerkwi) skręcić w prawo i wjechać w drogę leśną (asfaltową). Jeśli dotrzecie do serpentyn, to na pewno pojechaliście za daleko (my tak zrobiłyśmy). Droga, w którą trzeba skręcić jest między domkami więc łatwo ją przegapić.
Choć na znaku jest zakaz wjazdu samochodów to trzeba uważać, szczególnie na zakrętach, bo nam cztery razy pojawiły się na tej trasie auta.

Droga przez las w ok. 90% jest asfaltowa, bardzo przyjemna między innymi dlatego, że chłodna w upalny dzień. Po ok. 5 km wyjeżdżamy z lasu i skręcamy cały czas w prawo (jeśli jest wybór), a trasa w dość kręty sposób zaprowadzi nas do główniejszej drogi. Jeśli po lewej stronie miniemy nieduży kościół to znaczy, że jedziemy w dobrym kierunku.
W stronę Mchawy będą nas kierować drogowskazy więc nie sposób zabłądzić, po drodze mijamy zadbane wioski i podziwiamy bieszczadzkie krajobrazy.

Dojeżdżamy do Mchawy, ale nie kierujemy się prosto pod górkę tylko skręcamy w lewo i wyjeżdżamy wprost na smażalnię ryb. Usytuowania jest na skrzyżowaniu w dole, więc z drogi widzimy tylko parasole.
Smażalnia ryb Moje Ranczo w Mchawie
Kuchnia jest domowa, barszcz czerwony z uszkami, pierogi, placki ziemniaczane, kotlety, pstrąg i surówki z warzyw z własnego ogródka są pyszne, a porcje ogromne. Do tego przystępne ceny. Siedzimy w drewnianych wiatach w otoczeniu kwiatów i zieleni, choć toaleta ma wygląd „Sławojki” to wnętrze Was zadziwi. Smażalna ryb to miejsce sezonowe.


Spotkanie z niedźwiedziem
Posileni możemy wracać z powrotem. Podczas jazdy przez lat towarzyszyła nam lekka obawa związana z ewentualnym spotkaniem z niedźwiedziem. Dość często w Bieszczadach przypominają o tym znaki ostrzegawcze.

Będąc w klasztorze w Komańczy spotkałyśmy dwie panie wiek ok. 50 lat (wyglądały świetnie), które podzieliły się z nami swoją traumą. Trzy lata temu na szlaku spotkały niedźwiedzia, który wyszedł na ścieżkę 20 metrów od nich. W tym roku uczestniczyły w dniach Cisnej, a konkretnie w maratonie, 50 km po górach (nie lada wysiłek), aby odczarować lęk przed niedźwiedziem i obawę przed wejściem do lasu. Oby się udało.
Spędziłam w Bieszczadach cudowny weekend, Was też zachęcam, penetrujcie Bieszczady, każdy na swój sposób, to cudowne miejsce.

Podróż, sierpień 2024.
