Coatepec, liczące ok. 50 tyś. mieszkańców, położone w stanie Veracruz, 10 km od Xalapy (od tego miasta pochodzi nazwa papryczek jalapenio), to miasto pachnące kawą i to jaką kawą.
Coatepec i kawa
Dowiedziałam się, że mieszkańcy o swojej kawie mówią, że ich napój to potencja, ta z Chiapas to aromat, natomiast z Oaxaki tylko objętość. Unoszący się na ulicach zapach kawy zachęca do odwiedzenia choć paru kawiarni, których jest tu bez liku. Niektóre z nich, mają wystające rurki, mogą być jak ta na zdjęciu z głową węża, przez które zapach parzonej w lokalu kawy wydostaje się na zewnątrz.

Ale zacznę od początku tzn. cofnę się do XVI wieku, gdy dotarli w te okolice pierwsi hiszpańscy osadnicy i zaczęli budować hacjendy specjalizujące się w uprawie trzciny cukrowej. W 1808 roku sprowadzono z Kuby ziarna kawy, dla których stoki wulkanów Pico de Orizaba i Cofre de Perote, a także wysokość 1200 m n.p.m. (od niej zależy kwasowość kawy) i odpowiedni klimat okazały się idealne do jej uprawy. Nie trzeba było długo czekać, aby kawa wyparła plantacje trzciny cukrowej, a efekty uprawy zostały docenione w całej Ameryce.

Coatepec i okolice mają swój własny mikroklimat, który tworzy między innymi chipi chipi, czyli drobniutka mżawka, padająca od października do lutego. To nieodczuwalne przez nas zjawisko ma ogromny wpływ na rośliny, w tym drzewa kawowe, które wprost buchają piękną zielenią, a i miasto osnute mgłą jest bardzo urokliwe.

Podobno to nie na uprawie kawy osiąga się krociowe zyski. Przynosi je dopiero własna kawiarnia, najlepiej w dużym mieście, gdyż w Meksyku kultura kawy nie jest mocno rozwinięta.

Wizyta w paru kawiarniach, degustacja, a potem zakup kawy były nieuniknione. Ponieważ jesteśmy tu tylko jedno popołudnie, i parę godzin rano, nie udaje nam się odwiedzić plantacji kawy, na taką wyprawę potrzebne jest minimum pół dnia, a najlepiej cały dzień.

Architektura Coatepec
Coatepec to nie tylko kawa. Miasto jest beneficjentem programu Pueblos Mágicos. Po epoce kolonializmu i niewolnictwa zostały wielkie hacjendy. Domy w centrum miasta wciąż odzwierciedlają sposób życia, pochodzenie i upodobania estetyczne mieszkańców. Wielu właścicieli zachowało oryginalne plany pięter i wykorzystuje przestrzenie w ciągle niezmieniony sposób. Tradycyjny dom Coatepec ma od ulicy średnio 20 metrów długości. Wejście to duże drewniane drzwi, z obu stron znajdziemy dwa lub trzy okna z osłoną z żelaznych prętów. Cała fasada ozdobiona jest fryzem, a okna utrzymują fazowane szkło, aby dom był ciepły i prywatny.

Przemierzając uliczki Coatepec warto zwrócić uwagę na budynki z ich charakterystycznymi bardzo wysokimi dachówkami, szerokimi okapami i pięknymi kutymi balkonami.

Nasz hotel to właśnie taki typowy dom w stylu andaluzyjskim, z pięknym wewnętrznym ogrodem.


Na ostatni nocleg w Meksyku nie mogliśmy trafić lepiej. Jest piękne patio, basen, urokliwe korytarze i ogólne pomieszczenia, apartamenty sypialne pozwalają poczuć historię tego miejsca.



Na dodatek przed samym wyjazdem z hotelu Posada Coatepec jesteśmy świadkami ślubnej sesji fotograficznej.

Tuż obok hotelu usytuowany jest kościół Matki Boskiej z Guadalupe.

Wokół Parque Muguela Hidalgo
Wokół Parku Miguela Hidalgo lub tuż obok znajdują się największe atrakcje miasta. Parafia św. Hieronima wzniesiona przez jezuitów, to piękna czerwono-biało-żółta konstrukcja w stylu eklektycznym, której boczne drzwi zwieńczone są łukiem kłów przypominających szczęki węża.
Pałac Miejski, w kolorze niebieskim, zbudowany w XIX wieku z kamiennymi kolumnami i freskami jest warty odwiedzenia, tym bardziej, że podczas naszego pobytu w patio sprzedawane jest rękodzieło i lokalne produkty.
Obok pałacu znajdziemy neoklasyczną szkołę kantonalną „Benito Juárez” wzniesiona w 1890 roku.



Za szkołą znajduje się miejskie targowisko nie tylko z żywnością, ale też między innymi z piniatami.



Piniata to ludowy zwyczaj w krajach latynoskich, korzeniami sięgający czasów przedkolonialnych. Zabawa polega na strąceniu i rozbiciu przez uczestników spotkania specjalnie przygotowanej kuli lub innego stwora wypełnionego przeważnie słodyczami.
Spacerując wokół parku nie sposób, nie zauważyć budynku z dużą elewacją pokrytą azulejos. Również wejście do kościoła Matki Bożej Fatimskiej wyłożone jest ceramicznymi płytkami. Wpływy hiszpańskie to przecież nic dziwnego w Meksyku.

Jest w Coatepec miejsce równie niesamowite jak uprawiana tu kawa. Jest to piekarnia „El Resobado”, czynna 24 godziny na dobę, w której chleb wypieka się z ponad 100-letnią tradycją. Nie ma żadnego okna, szyld zawieszony prawie pod okapem więc można ją łatwo przegapić i tak też było w naszym przypadku. Ponieważ wiedziałam, że miejsce jest warte odwiedzenia, szybko odnaleźliśmy ją.

Chleb jest pieczony w drewnianych piecach, a piekarze pracują na drewnianym stole o długości prawie 4 metrów, który został wykonany z jednego kawałka buku. Drewno jest już bardzo wyrobione, ale to nie dziwi, skoro stół używany jest od ponad wieku. Miejsce wyrobu pieczywa jest umieszczone na początku piekarni i jest widoczne dla każdego, kto wchodzi.

W Coatepec ludzie wolą ręcznie robiony, tradycyjny chleb. Na szczęście dzięki nim i oczywiście „El Resobado”, udało uratować się meksykańską tradycję, zagrożoną jak w większości miejsc na świecie nowoczesnymi metodami, polegającymi na zastępowaniu składników i modyfikowaniu procesów w celu zwiększenia produkcji.

Mam nadzieję, że zdjęcia chociaż trochę pokazują urok i smak wyrobów piekarskich tego magicznego miejsca.
Orzechy makadamia i akamaje
Jak już jesteśmy przy jedzeniu, to krótka dygresja na temat dwóch produktów występujących w tych okolicach. Pierwsze to orzechy makadamia, pyszne, kupiliśmy oczywiście większą ilość. Druga rzecz, której niestety nie spróbowaliśmy i tego żałuję, to są akamaje, krewetki rzeczne, a dokładniej słodkowodny skorupiak, długości około 12 cm, zielonkawo-szary, z wydłużonym korpusem, licznymi nieregularnymi nogami i dwiema pincetami. Widziałam je, sprzedawane świeżo złowione przy drogach, wyglądają jak małe homary.
Son jarocho
Rzadko piszę o tym czego nie widziałam, ale chciałabym jeszcze opowiedzieć o pewnym ciekawym gatunku muzycznym wywodzącym się ze stanu Veracruz, czyli Son jarocho. To właśnie temu gatunkowi muzycznemu zawdzięczamy „La bambę”, którą Ritchie Valens przerobił na potrzeby amerykańskiego rynku.
Nie znalazłam nigdzie możliwości posłuchania tej muzyki w dniu, gdy byliśmy Coatepec, a będąc na eco targu bacznie rozglądałam się za zapateado, instrumentem charakterystycznym dla tego gatunku muzycznego. Zapateado grające rolę nożnej perkusji, to nic innego jak niewielka skrzynka drewniana na której się stepuje. Son jarocho wykonuje się przy użyciu wielu innych nie znanych u nas instrumentów, w większości są to różnego rodzaju gitary. Zamiłowanie Meksykanów do muzyki nie trudno zauważyć na ulicach miasteczek.

Tym muzycznym akcentem kończę naszą podróż po niezwykłym Meksyku, zdecydowanie magicznym i kolorowym.
Podróż, listopad 2019.

2 Responses
No i przy muzyce Ritchiego, w tak urokliwym miejscu, wypić aromatyczną kawę…marzenie 🙂
Miejsce niezwykłe, w czasach koronawirusa, wspomnienia z takich miejsc to wspaniała rzecz.